Krzaczyna – fabryka zbrojeniowa – film

Bardzo powoli będę chciał dokończyć temat fabryki zbrojeniowej w Krzaczynie. Między wpisami na inne tematy pojawią się wpisy mojego autorstwa na ten temat zamieszczone na stronie, która już nie działa. A tymczasem zapraszam na film, na którym zobaczycie opuszczone pomieszczenia po dawnych warsztatach szkolnych, utworzonych w budynku należącym do fabryki. Zobaczycie również bardzo niepozorny budynek, który skrywa dwa stanowiska do testowania silników rakietowych. Zapraszam:

Uwstecznianie się?

W międzyczasie, zanim pojawi się kolejny wpis dotyczący historii moich okolic chciałbym skomentować sytuację, czy pewien trend jaki ostatnio zauważyłem.

Jaka jest sytuacja „poszukiwaczy wiatru w polu” w Polsce większość środowiska wie doskonale. Przepisy nie określają jasno że białe jest białe a czarne czarne, a niektóre urzędy roszczą sobie prawo nawet do marchewki wykopanej w naszym własnym ogródku. Środowisko poszukiwaczy od lat domaga się zmian przepisów. W takiej sytuacji oczywistym jest, że należałoby zadbać o jak najlepszy wizerunek nas wszystkich.

Jako osoba, która chce się swoją wiedzą dzielić z innymi należę do kilku tzw. „grup” na wiadomym portalu społecznościowym. To co obserwuję od początku tegorocznej wiosny powoduje że poważnie się zastanawiam nad tym czy przypadkiem nie zaczęliśmy się cofać w rozwoju. Przytoczę kilka przykładów:

1. Co chwile pojawiają się wpisy osób wkurzonych na ludzi będących przed nimi na danej miejscówce za pozostawione kratery i śmieci. I mają rację. Skoro, jeden z drugim, miałeś tyle siły żeby wyjerchać dół, to masz na tyle żeby zepchnąć tą ziemię tam gdzie była. I nie ważne czy to pole, łąka czy las. Zostawiajmy po sobie porządek. Ręce nam od tego nie odpadną, a kto wie czy za którymś drzewem nie stoi leśnik, który obserwuje nasze poczynania.

2. Praktycznie kilka razy dziennie pojawiają się zdjęcia różnych „urwiłapek”. Najczęściej jeszcze w ziemi i prośba o identyfikację. Gdzieś tam w komentarzach pojawia się informacja że znalezisko zostało w ziemi. I chwała Bogu. Ale po co się tym chwalić i dociekać co to. Ważne że coś niebezpiecznego. Żyjemy na takiej a nie innej ziemi. Pełno tego po polach i łąkach. Wykopałeś? Albo zgłoś albo zakop głębiej. I zapomnij o tym. Po co masz być ciągany po lesie w celu wskazania miejsca ukrycia. Wystarczy przyjąć jedną zasadę: nie chcesz zabierać do domu to się nie chwal, nie rób zdjęć. Proste.

3. Ten przypadek rozłożył mnie totalnie: ktoś trafił na polankę, żeby nie mieć przypałów szukał właściciela. I wtedy wyszło, że na polance był kiedyś cmentarz. Dla mnie sprawa jest zamknięta. Ziemia uświęcona więc nie ma co szpadla wbijać. Ale ten ktoś się pyta czy jak nie ustalił do kogo ziemia należy i nie jest ogrodzona to może kopać. Brak słów.

Takich przykładów mógłbym wypisywać dziesiątki, włącznie z kilkukrotną prośbą o identyfikację tych samych przedmiotów po kilka razy na tydzień. Tutaj widzę dwie przyczyny: społeczeństwo jest leniwe, chce mieć efekty i wiedzę natychmiast oraz to że taka „grupa” to nie typowe forum, gdzie są działy, gdzie są eksperci w danych kategoriach, gdzie wreszcie tematy nie giną po 2 dniach wymieszane wszystkie razem.

Zaraz pewnie wyleje się na mnie fala krytyki. Że trzeba iść z postępem, że tak jest szybciej i łatwiej i że w taki sposób „nowi” szybciej zdobywają wiedzę. Po pierwsze nie zawsze szybciej i łatwiej znaczy lepiej. Po drugie w taki sposób wcale się nie rozwijamy, wręcz przeciwnie. Po trzecie o wiele więcej satysfakcji sprawia samodzielna identyfikacja znaleziska niż cyknięcie zdjęcia i wrzucenie w net.

Na zakończenie tej mojej przydługiej wypowiedzi chciałbym zaapelować o rozsądek we wszystkim co robimy. Pamiętajmy że działamy nie tylko na swoje, ale przede wszystkim całej społeczności imię. Chciałem też polecić miejsce w sieci, które uważam za bardzo ciekawe, mianowicie http://www.pasja-eksploracja.com/. I już całkiem na koniec życzę wszystkim szukającym wiatru w polu płytkich i bogatych dołków.

PS. http://riese-inne.blogspot.com/

Kowary – strzelnica

Pewnie większość z Was słyszała jakiś czas temu o pomyśle budowy strzelnicy w każdej gminie. Samą zasadność takich działań zostawmy, ale być może byłaby to szansa na uratowanie obiektów, które kiedyś służyły ludności do trenowania i uprawiania strzelectwa a obecnie popadają, bądź już prawie są ruiną.

Taka właśnie strzelnica znajduje/znajdowała się w Kowarach. Położona jest przy obwodnicy miasta, za stacją paliwową Muller, jadąc w kierunku południowym. Wprawne oko dostrzeże w zaroślach wał ziemny oraz fragmenty jakiś „betonów” nieopodal drogi. Jak wspomniałem kowarska strzelnica chyli się ku upadkowi, choć jej najważniejsza część, czyli wały zabezpieczające linię strzału oraz kulołap wyglądają dość nieźle. Natomiast praktycznie nie zostało nic z budynków, które służyły do obsługi strzelnicy. Cały teren oczywiście jest zaśmiecony wszelkimi możliwymi śmieciami. Taka nasz przypadłość. Poniżej kilka zdjęć obiektu.

SONY DSC

Miejsce po budynkach

Kolejne resztki budynków.

Kolejne resztki budynków.

Widok w kierunku wschodnim.

Widok w kierunku wschodnim.

Widok na kulołap kończący strzelnicę.

Widok na kulołap kończący strzelnicę.

Oraz rzut oka ze szczytu kulołapu. Patrzymy w kierunku zachodnim.

Oraz rzut oka ze szczytu kulołapu. Patrzymy w kierunku zachodnim.

Lokalizacja strzelnicy na przedwojennej mapie, dlatego brak obwodnicy.

Lokalizacja strzelnicy na przedwojennej mapie, dlatego brak obwodnicy.

Kowary (niem. Schmiedeberg) – stary cmentarz i pomnik

Witajcie po dłuższej przerwie.

Dziś chciałem się z Wami podzielić jedną z ciekawostek jakie czekają na bacznych obserwatorów otoczenia. Czyli będzie krótko i powracamy do tematów związanych z historią.

Chyba każdy z podróżujących główną drogą z Kowar na Przełęcz Kowarską zauważył pomnik znajdujący się przy zajeździe Victoria. Oczywiście jest to pomnik ofiar I wojny światowej. Takie stały praktycznie w każdej niemieckiej miejscowości. Ten akurat poświęcony jest poległym lotnikom, choć wcale to nie wynika z inskrypcji na nim.SONY DSC Ok 2008 roku zostały zamontowane odnowione tablice z inskrypcjami oraz dołożono tablicę naprzeciw pomnika. SONY DSCSONY DSC

SONY DSCSONY DSCPrzy tej okazji został zmieniony tekst na tablicy pd-zach, który oryginalnie brzmiał „niezwyciężonej armii niemieckiej”.SONY DSCMało kto jednak ma świadomość tego, że rozpoczynając podjazd na Przełęcz mija znajdujący się po prawej stronie szosy  stary cmentarz. waldfirehofZ racji tego, że w żadnych źródłach nie ma o nim ani słowa postanowiłem zasięgnąć języka w UM w Kowarach. Sympatyczny gospodarz „sali pamięci” przy Urzędzie powiedział, że do końca nie wiadomo kto był tam chowany ani kiedy cmentarz powstał. Jedno z podań mówi, że na cmentarzu chowani byli „innowiercy”. Umiejscowienie z dala od zabudowań, praktycznie na granicy miasta może świadczyć o tym, że pochowane są tam ofiary jakiejś zarazy. Po wojnie cmentarz nie był używany. Stopniowo nagrobki były dewastowane. Podobno jeden z miejscowych kamieniarzy trudnił się tym, że pozyskiwał płyty nagrobne z tego miejsca. Zacierał stare napisy i robił nowe. Część mogił była też rozkopywana w poszukiwaniu „skarbów”. Dzisiaj, mimo usilnych poszukiwań, nie udało mi się odnaleźć choćby jednej płyty nagrobnej. Dzieła zniszczenia dokonała kilkanaście lat temu jedna z firm budowlanych, która na zdewastowany już cmentarz wywoziła resztki z placów budów. Działo się tak mimo braku ze strony władz miasta jakiejkolwiek deklaracji o likwidacji cmentarza. W maju 2015 roku Urząd Miasta podjął uchwałę o wpisaniu reliktu cmentarza Waldfriedhof do miejskiej ewidencji zabytków. Jakieś 20 lat za późno. Teren obecnie wygląda jak jakieś pobojowisko. Szkoda, bo obecnie mógłby być kolejną atrakcją miasta.SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

To by było na tyle, pozdrowienia dla wszystkich miłośników lokalnej historii.

Smog i inne maszkary.

Jako że jest to pierwszy wpis w tym roku to przy okazji chciałbym czytelnikom i przyjaciołom złożyć serdeczne życzenia zdrowia, pomyślności i spokoju w rozpoczętym roku.

A skoro był Nowy Rok to musi być zima. No i w końcu, po chyba trzech latach przerwy nawiedziła nas prawdziwa, piękna polska zima. Śnieg sypie, trzyma przyjemny mrozik (czasem trochę mniej przyjemny ale tylko chwilowo) i nawet jakieś dzieciaki odkleiły się od ekranów i wyszły pojeździć na sankach. Na tych, którzy wyszli z domów czy to poszaleć na śniegu czy też po prostu pospacerować i pooddychać rześkim, zdrowym powietrzem i oddalili się kawałek od domów czeka jeszcze jedna nagroda. Malowniczy widok zaśnieżonych dachów i kominów z których unosi się dym przywodzący na myśl ciepło domowej kuchni i zapach gorącej herbaty z sokiem malinowym. Ten właśnie dym stał się ostatnio swoistym bohaterem mediów. W połączeniu z niskim ciśnieniem i bezwietrzną pogodą stał się dla niektórych rewelacyjnym prezentem. Owy dym przybrał postać potwora, który swoim brzuszyskiem przykrył jawne łamanie prawa przez „totalną opozycję”, totalną kompromitację tej właśnie „totalnej opozycji” oraz wkroczenie do kraju nowych okupantów. Ludzie z mediów dostrzegli potwora i jeden przez drugiego zaczęli krzyczeć: „SMOG!! SMOG!! ZAGŁADA!! APOKALIPSA!! RATUJ SIĘ KTO MOŻE!! SMOG!!” Polskojęzyczne zagraniczne serwisy prześcigały się w relacjach o ile w poszczególnych miastach zostały przekroczone dopuszczalne normy a poważnie wyglądający eksperci przekonywali że Polska jest strasznym brudasem i że oddychamy najgorszym powietrzem w Unii. Psychoza była wśród ludzi tak wielka, że niektórzy zaczęli tego strasznego potwora dopatrywać się na wsiach a nawet w lasach.

Na szczęście niebezpieczeństwo minęło. Więc czas się chwilę zastanowić nad tym zjawiskiem. Czym sobie zasłużyliśmy na taką straszliwą karę? Skąd wziął się SMOG?? Oczywiście z zanieczyszczeń. Skąd te zanieczyszczenia? Oczywiście z fabryk. Ale chwila. Przecież my już prawie nie mamy fabryk, a te które są mają na kominach filtry spełniające wszelkie unijne wymagania. No to oczywiście samochody trują. Ale tu znowu coś jest nie tak. Przecież wszystkie samochody benzynowe posiadają katalizatory (kto widział ostatnio „Malucha”, dużego Fiata albo Poloneza łapka w górę), a i dużo jest aut na gaz, które nie trują. Auta z silnikami diesla mają filtry DPF i pochodne, a te stosowane w transporcie towarowym i osobowym spełniają normy Euro ileśtam, więc ten odsetek starych osobowych dymiących diesli to jakiś ułamek. Kolejna przyczyna: spalanie w piecach śmieci i węgla. Ze spalaniem śmieci się zgodzę i jeśli coś takiego się zdarza od razu powiadamiajmy straż pożarną. Jednak to są jakieś pojedyncze przypadki. Coraz więcej osób też przekonuje się do spalania ekologicznego węgla, czego efektem jest obłoczek pary wodnej wydostającej się z komina. No i nie ma co ukrywać, że są miejsca gdzie nie ma możliwości podłączenia ogrzewania systemowego czy gazowego, czyli na wsiach. Ale smog przecież występuje w miastach, więc to też odpada. Wychodzi więc na to, że jakoś nie specjalnie na siebie ściągamy uwagę tego potwora, a porównując stan zanieczyszczenia powietrza sprzed ostatnich np 10 lat to widać oczywistą poprawę. Czy to nie jest przypadkiem tak, że przy jednoczesnym wystąpieniu pewnych czynników atmosferycznych na które nie mamy wpływu smog po prostu będzie występować czy nam się to podoba czy nie. Czy przypadkiem jednym z tych czynników nie jest wiatr z zachodu, który niesie zanieczyszczenia znad Niemiec, które spalają ponad połowę węgla zużywanego rocznie przez całą Unię? Czy nie lepiej poświęcić uwagę i środki na zadbanie o coś co o wiele bardziej wpływa na bezpieczeństwo setek tysięcy ludzi każdego dnia? A dokładniej o utrzymanie zimowe dróg.

Sytuacja z dzisiaj, czyli 14.01.2017 (zima gości u nas od ok 2 tygodni): parę minut po 7 rano. Jadę drogą z Karpacza do Jeleniej Góry, droga lekko przysypana śniegiem. Nie dziwi mnie to wcale, w końcu mamy środek nocy. Przed samym miastem zjeżdżam z „głównej” i znikam gdzieś w czeluściach czasoprzestrzeni. Wracam koło 9:30 i kieruję się do miasta. Przypomnę, że jest to główna droga wylotowa z Jeleniej Góry w kierunku „kurortu” jakim jest Karpacz a zaczęły się ferie zimowe. To co przed ponad 2 godzinami było śniegiem zamieniło się w lód. Na ulicy lodowisko. Myślę: pewnie najpierw miasto ogarniają ze śniegu. Ale tu kolejne zaskoczenie. Posypana raptem jedna ulica. Mrozu raptem 4-5 stopni, żadnych większych opadów. Załatwiam co mam załatwić i wracam do domu. Znowu „czarny lód”. Do samego Karpacza ani śladu pługu czy piaskarki. A południe się zbliża.

Już w domu zacząłem się zastanawiać czy przeszedł jakiś kataklizm i promieniowanie kosmiczne unieruchomiło wszystkie pojazdy do odśnieżania. Przecież jeszcze kilka lat temu sytuacja była zupełnie inna. Okazało się że nie. Że teoretycznie wszystko jest w porządku. Tzn według przepisów. Otóż odpowiednie służby mają ileśtam godzin (w zależności od kategorii drogi) na usunięcie śniegu od momentu ustania opadów śniegu. Czyli teoretycznie jeśli będzie sobie prószyć przez tydzień to przez tydzień nikt nie wyjedzie odśnieżać. Czego sam dzisiaj byłem świadkiem, bo przez cały dzień po mojej ulicy nie przejechał ani razu pług. A dodać należy, że te opady, które mieliśmy w tym roku to „pikuś”. Zdarzały się noce, w czasie których potrafiło nasypać po 40-50cm. Widocznie ludzie ustalający te przepisy są przekonani, że kiedy zaczyna padać wszyscy chowają się po domach i grzecznie czekają aż opady się skończą. Jest jeszcze jedna sprawa a mianowicie o wiele łatwiej jest odśnieżać regularnie i częściej niż czekać aż nasypie tyle, że pługi ugrzęzną. Niestety jest to kolejny przykład tego, że nie wszystkim przyświeca dobro obywateli. Jest to przepis tak samo pozbawiony sensu jak ten, który nakazuje właścicielom lub administratorom budynków utrzymywanie zimą chodników. Niby na jakiej podstawie tak się robi? Jest to zwyczajne zrzucanie odpowiedzialności i obowiązków na obywateli. A co jeśli w danym miejscu mieszkają starsi ludzie? Babcia z dziadkiem mają narażać swoje zdrowie bo ktoś sobie tak wymyślił? Czy nie lepiej byłoby nakazać odśnieżanie chodników tej całej armii bezrobotnych pobierających co miesiąc zasiłki? Chciałbym zauważyć jeszcze jedno. Skoro mamy odśnieżać chodnik to mamy do niego jakieś prawo. W takim razie spróbujcie ustawić na chodniku jakąś tablicę z ogłoszeniem albo np. stragan i sprzedawać lemoniadę. To będzie moment a pojawi się jakiś urzędnik który stwierdzi że chodnik nie jest Waszą własnością a na ustawienie na nim czegokolwiek musicie mieć zgodę za którą trzeba wydeptać ścieżkę po urzędach.

Jak widać przepisy w naszym kraju pełne są absurdów. Więc do życzeń na ten rok dołączam jeszcze jak najmniej spotkań z nimi.

Swobody i wolności obywatelskie

Przedstawienie pewnego problemu w tym kraju zacząłem od tekstu o nagonce na poszukiwaczy. Jeśli ktoś się dobrze wczytał to zauważył, że tu nie jest problem jedynie z poszukiwaczami, że nam się czegoś zabrania. Problem jest ze świadomością ludzi. Można powiedzieć pół żartem, że to już stan umysłu. Niestety jest to raczej wisielczy humor. Trzeba to powiedzieć wprost. Jako społeczeństwo obywatelskie jesteśmy na kolanach. Jesteśmy na kolanach z pochyloną posłusznie głową i przyzwoleniem na wszystko. Ludzie uciskani w czasie PRLu zachłysnęli się demokracją. Niektórzy szybko zrozumieli, że nic na lepsze się nie zmieni, a wręcz będzie jeszcze gorzej. Polaków tak uciskano, że w końcu przestawiono im pojęcia w głowach. Od pewnego momentu ludzie zaczęli myśleć według schematu: „Państwo to Rząd, Kraj to Rząd, Skarb Państwa to Rząd i cała armia zbędnych urzędników od Warszawy po lokalne samorządy.” Otóż nie moi mili. Takie twierdzenie jest błędem. Szerzenie takiego rozumowania jest tłamszeniem Obywateli. Człowiek myślący w ten sposób nie dość że przestaje czuć więź z jego Ojczyzną to jeszcze daje przyzwolenie na traktowanie się jak worka pieniędzy i siły roboczej, z którego rządzący mogą ciągnąć ile się da. Od razu chciałbym uprzedzić jakieś pytania czy komentarze: nie chodzi mi o obecny Rząd, ani poprzedni. Chodzi o te 70 lat nieprzerwanej okupacji i obracania w ruinę tego co budowały pokolenia Polaków na długo przed II wojną światową. Żeby zobrazować o co mi chodzi opiszę pewną hipotetyczną sytuację.

Po jednym z ostatnich wpisów ktoś zapytał mnie jak tak można bez zgody wchodzić do Państwowego lasu, czy na łąkę? Otóż ja się pytam: co mówi 1 art naszej Konstytucji? Cytuję: „Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.” Czyli wszystko to co należy do Skarbu Państwa jest po trochę moje, Twoje, Jego czy Jej. Każdy ma prawo z tego korzystać, pod warunkiem, że tego nie zepsuje, czyli uniemożliwi korzystania innym. Grzybiarz może iść do lasu i zbierać grzyby, zielarz może szukać ziół, a ja np mogę iść na łąkę i szukać „amelinowego” krowiego kolczyka pod warunkiem, że ktoś po mnie będzie mógł w to samo miejsce przyjść z kocykiem i zrobić sobie piknik. Ludzie mówią: „ten las należy do Nadleśnictwa, a ta łąka należy do ANR”. Błąd! „Tym lasem zarządza Nadleśnictwo, a łąką zarządza ANR”. Zarządzają w Naszym wspólnym imieniu. Są to urzędnicy, zatrudnieni przez każdego z Nas, dostają wypłaty z Naszych podatków i mają dbać o to, żeby ten skrawek terenu nie tracił na wartości. Rząd to są ludzie wybrani przez Nas, do zarządzania tą firmą jaką jest Polska. Powinni dostać średnią krajową, zapłacić za siebie ZUS, odprowadzić podatek dochodowy taki jak każdy, a na zakończenie rozliczyć się z każdej jednej złotówki. Jeśli coś spieprzyli to powinni odpowiadać jak każdy przedsiębiorca, swoim własnym majątkiem. W tej chwili w Kraju mamy taką sytuację, że taki szary Obywatel jak ma coś załatwić to raz że nie wie za bardzo co i jak (bo prawo jest niejasne i często przeczy samo sobie) a dwa że idąc do tej czy innej instytucji czuje się jak intruz (może już nie wszędzie, ale mimo wszystko za często). A to jest efekt zgwałconej świadomości. Obywatel powinien mieć świadomość tego, że utrzymuje tą całą armię urzędników. A urzędnik powinien wiedzieć, że to dzięki moim i Twoim podatkom może siedzieć w klimatyzowanym pomieszczeniu, popijać kawkę, jeździć służbowym autem i rozmawiać przez służbowy telefon. Policjant jest od tego, żeby pilnować naszego bezpieczeństwa a nie wymyślać na nas paragrafy. W sądzie to nie my mamy się tłumaczyć, to sąd ma nam udowodnić winę, w końcu ciągle obowiązuje zasada domniemanej niewinności. Ludzie o tym nie pamiętają. Tak jak nie pamiętają, że mają prawo do obrony siebie i swojej rodziny na swojej ziemi (za którą pobieranie podatku to rozbój). To prowadzi do takich patologii, jak ta, że rolnik nie może trzymać trzody na własny użytek. Każda sztuka musi być zakolczykowana. Przecież to jest chore. Rolnik ma prawo do uprawiania ziemi, zbierania jej płodów, hodowli zwierząt. Ma robić to patrząc na swój zysk. Więc jeśli będzie widział w tym zysk to może sprzedać do skupu. Jeśli stwierdzi, że bardziej mu się opłaca sprzedać to sąsiadom to takie jego prawo. Niech sprzedaje. Jeśli stwierdzi że woli daną świnkę czy krówkę przerobić na kaszankę to ma takie prawo. Ma prawo to zrobić i ma prawo to sprzedać. I nie musi przedtem chodzić od urzędu do urzędu i załatwiać zgody, pozwolenia, normy, hacapy czy inne sanepidy. To klient sam zweryfikuje czy dany produkt jest dobry czy zły. I to klient oceni uczciwość tego rolnika. Tabun urzędników jest do tego niepotrzebny. Taka jest prawda. W każdej dziedzinie naszego życia w tym Kraju jesteśmy dociskani przez śrubę systemu. Często nie zdają sobie sprawy, że to co się dzieje to jest zamach na naszą wolność i niezależność. Dochodzi do tego, że ludzie są zakręceni, że jak nie czują nad sobą bata to nie potrafią żyć. Pisał o tym ostatnio Wojtek tutaj. Nie dajmy się wpędzić w taki stan, że będziemy usprawiedliwiać naszych oprawców. Pamiętajmy o tym, że każdy z nas ma swoje prawa. Że to Rząd jest dla Nas a nie My dla Rządu. Przestańmy w końcu być jak ci murzyni z Afryki i zacznijmy w końcu żyć jak wolni ludzie w demokratycznym kraju. Ale nie w takiej demokracji robionej przez Bolka i Balcerka. W demokracji tworzonej przez nas i dla nas.

Cieszy mnie bardzo to, że coraz więcej ludzi zauważa ten problem. Widzą i wiedzą jak Naród jest poniewierany. Tylko jeszcze nam wszystkim brakuje impulsu do tego, żeby głośno domagać się swoich praw. Mam nadzieję, że Naród w końcu w całości zauważy i doceni swoją wartość i z dumą się wyprostuje i powie „dość”, a Krajem w końcu zaczną rządzić ludzie, którym na sercu będzie leżało dobro całego Narodu, a nie ich prywatne interesy.

Pozdrawiam.

PS. http://forum.wykopaliska.org/

PSS. To jak przeczytałem to mało ze stołka nie spadłem: http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,kontrowersyjna-zolc-na-mokotowie-oceni-ja-nadzor-budowlany,218899.html

Grupa mieszkańców się dogadała i postanowiła odmalować szary i brudny blok. Wybrali kolor jaki wybrali. To jest źle, bo jest kontrastowy z resztą. No zawsze nowa elewacja będzie kontrastem dla szarych, brudnych i obdrapanych budynków. A magistrat co? Zamiast ludziom podziękować to się zastanawia czy mieli swój własny dom pomalować. Już nie wnikam w to czy to robiła spółdzielnia czy sami mieszkańcy, czy fachowo czy na odpiernicz. Ale zrobili. Chciało im się, wydali pieniądze. A co jeszcze możemy tam wycztać: „Zasadniczo administracja architektoniczno-budowlana nie ma możliwości wpłynięcia na kolor realizowanego remontu elewacji. Może to zrobić konserwator zabytków w sytuacji, gdy budynek znajduje się w rejestrze zabytków, a tu nie mamy z taką sytuacją do czynienia”. Amen. Budynek nie jest zabytkiem więc konserwator nie może nawet go palcem dotknąć. Ale kilka linijek niżej, ta sama osoba mówi tak: „I kolejny, że wspólnota mieszkaniowa miała obowiązek uzyskania na swoje prace zaleceń od konserwatora zabytków.
– Wspólnota wystąpiła wprawdzie do stołecznego Konserwatora Zabytków o wytyczne, ale ich chyba nie uwzględniła…”

To budynek jest zabytkiem czy nie jest? Bo ja już nie jestem pewien. Skoro budynek nie jest to po co występować do konserwatora skoro on nie może wydać żadnej decyzji czy zaleceń odnośnie tego budynku? A ludzie nie uwzględnili jego zaleceń i słusznie. Polska kwadratura koła…

Kodeks poszukiwacza

W poprzednim (Nagonka na poszukiwaczy) wpisie naświetliłem pewne zjawisko, które dotyczy części społeczeństwa jaką są poszukiwacze. Wasza reakcja, jako czytelników była rewelacyjna i w tym miejscu chciałbym bardzo podziękować za wszelkie komentarze i przekazanie artykułu dalej. W kilku komentarzach pojawiły się propozycje rozwinięcia pewnych wątków.

W tym wpisie chciałbym napisać o kodeksie poszukiwacza. Pewnie każdy z Was, którzy kopiecie się z nim zapoznał bądź o nim słyszał. Ale ci którzy zbyt wiele o nas nie wiedzą mogą nie być świadomi tego, że grupa tak oczerniana przez media postępuje wobec tak prostego, przejrzystego i zdroworozsądkowego „regulaminu”. Który na dokładkę zawiera się w dosłownie kilku zdaniach. Teraz będzie kolejna prośba o udostępnianie. Bo wiem, że dość spore zainteresowanie było poprzednim wpisem wśród ludzi nas nieznających. Dlatego udostępniajcie dalej. Niech tekst dotrze do jak największej liczby ludzi, którzy mogą być nam przychylni.

Jak wspominałem w poprzednim artykule kodeks nasz jest niepisany. Dlaczego? A no dlatego, że wynika on z prostych, zdroworozsądkowych zasad poszanowania cudzej własności. Poza tym, niektórzy sami dla siebie dodają jakieś dodatkowe zasady. Jednak najważniejsze z nich to:

1. Kopiemy tylko za zgodą właściciela bądź zarządcy trenu, jeśli jest on możliwy do ustalenia. W praktyce wygląda to tak, że jeżeli chcemy kopać na łąkach i polach wokół swojej miejscowości to znamy ich właścicieli, więc nie problem zapytać. Jeśli jedziemy gdzieś w obcy teren to można podpytać w najbliższych zabudowaniach o właściciela. Natomiast jeśli w pobliżu nikogo nie widać to wchodzimy na pole lub łąkę. Być może właściciel w międzyczasie się pojawi. Tutaj może się zdarzyć sytuacja, że właściciel nas po prostu przegoni. Nie ma się co wtedy wdawać w dyskusje i cwaniakować. Należy uszanować jego wolę.
W przypadku lasów, które nie są rezerwatami itp, mamy takie samo prawo do korzystania z nich jak grzybiarze, zielarze itd.

2. Można kopać na polach tylko nieobsianych. Jest to logiczne i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Tak tylko dla formalności dodam, że na pole wolno nam wejść zaraz po żniwach na ściernisko oraz na pole przeorane.

3. Zakopujemy po sobie dołki. To jest jeden z głównych powodów złości rolników. Że po przejściu 2-3 poszukiwaczy pole lub łąka pokryte są kraterami. Zasypanie dołka to kilka sekund, a praktycznie nie pozostaje po nas ślad. Warto zwrócić uwagę na jedną rzecz. Na polu zaoranym starajmy się wrzucić na dno dołka to co było na jego dnie. Jeśli tego nie zrobimy, może się okazać, że popsuliśmy rolnikowi robotę.

4. Nie śmiecimy. Niby oczywiste. Ale dla przypomnienia: czego w terenie nie było przed Twoim przyjściem niech nie będzie po Twoim odejściu.

5. Nie kopiemy na terenie stanowisk archeologicznych. Teren stanowiska jest prawnie chroniony. Nasza ingerencja może zniszczyć kontekst i przemieszać warstwy ziemi. Niektóre stanowiska otoczone są strefą obserwacji do której też lepiej się nie zbliżać.

6. Nie kopiemy na terenie cmentarzy i nie rozkopujemy mogił. Sprawa oczywista. Zdarzyć się może jednak, że gdzieś na obrzeżach jakiegoś miasteczka na skraju lasu trafimy na dziwnie wyglądającą polankę. W miasteczkach, szczególnie na Dolnym Śląsku obok siebie funkcjonowały kościoły katolicki i ewangelicki. Oba miały swoje cmentarze. Często był też osobny cmentarz dla mieszkańców miejscowości poległych w wojnach. Lub oddzielny cmentarz dla ofiar jakiejś zarazy. Ich istnienie kończyło się wraz z końcem drugiej wojny światowej. Teren taki ma charakterystyczne cechy, ale nie będę tego dokładniej opisywał bo będzie za długo. Jedno jest jasne. Tam nie kopiemy. Nic tam się wyjątkowego nie znajdzie, a ziemi uświęconej lepiej nie ruszać. Niech te dusze sobie spoczywają w spokoju.

7. Nie zabieramy rzeczy potencjalnie niebezpiecznych. Tj. pełnych pocisków każdego kalibru. Pustych łusek z niezbitymi spłonkami. Jeśli znajdziemy pocisk większego kalibru pod żadnym pozorem nie ma co przy nim majstrować. Jego znalezienie lepiej zgłosić

8. Wszelkie znaleziska, które wydają nam się ważne ze względów historycznych zgłaszamy do muzeum lub urzędu konserwatorskiego. Zaraz poleci w moją stronę fala krytyki. Bo jak można sobie na głowę ściągać afery, policję itd. Ten punkt powinien obowiązywać jeśli prawo byłoby skonstruowane w ludzki sposób. Tzn znajdujemy jakąś dziwną monetkę lub jakąś ozdobę. Zgłaszamy do muzeum razem z lokalizacją. Oczywiście nie lecimy do muzeum z każdą „boratynką” lub innym „Fenningiem” bo nas tam pustym śmiechem zabiją ;) Archeolog po otrzymaniu informacji jedzie na miejsce i tam bada tzw. kontekst. Po jego określeniu albo uznaje, że przedmiot można zwrócić znalazcy, albo że należy założyć stanowisko archeologiczne. Tak to powinno wyglądać w teorii. Jak jest wszyscy wiemy. Dlatego chcąc być w zgodzie z prawem i własnym sumieniem w ostatnim roku pojawiła się seria odkryć dokonanych „po ulewnych deszczach”, podczas grzybobrania lub po bronowaniu pola. Przykre. Tyczy się to również punktu wcześniejszego.

To są chyba wszystkie podstawowe zasady. Jak wspomniałem niektórzy dokładają sobie jakieś dodatkowe.
Jak widać są one bardzo proste i przejrzyste. Przyjąć można, że 99% środowiska ich przestrzega. Ten pozostały procent szybko jest ze środowiska usuwany bądź piętnowany.

Mam nadzieję, że tym niezbyt długim tekstem przekonałem tych, którzy do tej pory znali nas jako barbarzyńców i hieny cmentarne do tego, że naszym podstawowym założeniem jest spełnianie się w swojej pasji, które skutkować może sporymi plusami dla lokalnej, i nie tylko społeczności, a osobom związanym ze środowiskiem archeologicznym, że nasze intencje są szczere.

W razie wątpliwości, pytań, sugestii po prostu piszcie, komentujcie.

Darz dół!!

 

Nagonka na poszukiwaczy

Jakoś tak teraz planowałem podsumować mijający rok jeśli chodzi o moje i znajomych wypady z wykrywką, ale okazało się że w ciągu dosłownie kilku tygodni sytuacja w naszym środowisku (a w zasadzie dookoła niego) stała się mocno napięta, delikatnie mówiąc.

Jak kilka lat temu zaczynałem swoją przygodę z wykrywaczem znałem oczywiście przepisy pośrednio nas dotyczące. Znałem też dokładnie kodeks poszukiwacza, bo choć niepisany to takowy istnieje. Wiadomo było już wtedy, że przepisy w kraju mamy takie jakie mamy, są one nie do końca jasne, ale jeśli ktoś nie kopał na stanowisku archeo to nikt problemów nie robił. Niektórym też nie pasowało to, że znaleziska trzeba oddać do muzeum nie dostając w zamian nic. Ja to rozumiem, z drugiej strony mam świadomość, że Kraj mamy biedny, w końcu od 1939 bez przerwy pod okupacją. Poza tym należy przyznać, że jakiś mały procent, czy nawet promil znalezisk ma tak wielkie znaczenie dla Historii, że bez względu na wartość materialną, że powinny zostać przekazane do odpowiedniego muzeum by były świadectwem Historii dla innych ludzi. Jeszcze inną kwestią jest to, że muzea w ogóle nie są zainteresowane większością tego co kopiemy. Pamiętam taką sytuację jak parę lat temu na jednym forum ludzie na wyścigi chwalili się kwitami poświadczającymi że dane muzeum nie jest zainteresowane znaleziskiem w jakikolwiek sposób. Bo i które muzeum chciałoby trzymać wiadra pełne łusek od mauserów, mosinów, monet z ostatnich 200 lat czy innych obrączek po gołębiach czy krowich kolczyków. Zakrętek od wódki nie wspominając.
Czyli sytuacja była dość klarowna. Było pole, upewnialiśmy się że nie ma na nim stanowiska acheo, pytaliśmy o zgodę właściciela, po jej otrzymaniu kopaliśmy sobie spokojnie przestrzegając kilku prostych zasad.

Natomiast to co się dzieje w ostatnim czasie jest czymś… W sumie nie wiadomo jak to nazwać. Nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. W sumie śmiać się nie ma z czego bo zaczyna to przypominać lata 60-70 ubiegłego wieku. Z poszukiwaczy próbuje się zrobić przestępców na dwa sposoby. Po pierwsze wypycha się przy różnych okazjach siwych profesorów, co to przed kamerami i dyktafonami prasy grzmią na lewo i prawo, „że stanowiska archeo są plądrowane, mogiły rozkopywane tylko po to by wydobyć złote pierścionki i sprzedać za granicę. Bo poszukiwacze to złodzieje. A do tego bandyci bo zbierają zardzewiałą broń.” Do tego dowiadujemy się, „że historia tworzy się ciągle wokół nas i wszystko co w ziemi leży jest tego dowodem.” Czyli nie możemy wykopać marchewki ze swojego ogródka bez zgody konserwatora. Logiczne. Drugi sposób na to by nas zastraszyć i zepchnąć na margines to pojawiające się regularnie doniesienia o zatrzymaniu kolejnego poszukiwacza, który gromadził w domu zabytki ruchome, amunicję czy inne „podejrzane rzeczy”. Oczywiście takie zatrzymania odbywają się z oprawą godną co najmniej szajki kradnącej samochody. Jest wtargnięcie o 6 rano do mieszkania, przeszukania, konfiskaty sprzętu, znalezisk i straszenie latami odsiadki. Oczywiście za pół roku nikt z takim samym rwetesem nie opisze tego, że domniemane zabytki okazały się popularnymi monetami lub zardzewiałymi sprzączkami od paska, amunicja to w rzeczywistości garść pustych łusek. Nikt nie napisze że cała sprawa była pomyłką, nikt nie powie przepraszam.

A prawda jest taka, że każdy z nas może sobie chodzić po lesie, łące czy polu i szukać bo to wszystko co nie ma swojego właściciela określonego z imienia i nazwiska jest po prostu nasze. A skoro jest nasze to możemy chodzić i szukać monet, złomu czy meteorytów, ale oczywiście nie niszczyć. Zasypywać dołki po sobie. Mamy takie samo prawo do wykonywania naszej pasji jak grzybiarze do zbierania grzybów. A trzeba zwrócić uwagę, że to co robimy to nie jest bezmyślne kopanie i upychanie po szafkach znalezisk. Każde ma swoją Historię. Każde jest czyszczone, identyfikowane i konserwowane. Dzięki temu raz że poznajemy Historię ziem na których mieszkamy, dwa że zabezpieczamy te nasze „eksponaty” przed zniszczeniem. Gdyby nie my, to 95% z tego co wydobyliśmy do tej pory leżałoby w ziemi i rozpuszczało się pod wpływem chemii z nawozów… Poświęcamy ogrom swojego czasu, pieniądze by wyrwać ziemi tą cząstkę Historii, która jest dopiero początkiem jej poznawania. Być może ta Historia też jest przyczyną tego w jaki sposób jesteśmy traktowani, ale o tym może w komentarzach żeby nie przedłużać. W każdym razie tym co robimy na pewno nadrabiamy z nawiązką tą zniszczoną ściółkę w lesie.

Dlatego nie dajmy się zastraszyć i zepchnąć na margines społeczeństwa. Swoją działalnością nie dość, że nikomu nie szkodzimy to jeszcze wnosimy swój wkład w poznawanie Historii. Dlatego domagajmy się prawnego zapewnienia legalności tego co robimy. Jednocześnie nagłaśniajmy tą niesprawiedliwość z jaką się nas traktuje. Ktoś napisał że jest nas w kraju ok 100 tyś. Pokuszę się o stwierdzenie że co najmniej 150 tyś. Jest nas więc sporo. Niech ludzie dowiedzą się, że nie dość że nie jesteśmy jakimiś bandytami to do tego jesteśmy traktowani jak zwierzyna łowna. Bo to w końcu nie my jesteśmy dla władzy, ale władza dla nas.

Jeśli macie podobne zdanie to udostępniajcie ten wpis, lub piszcie swoje. Tak aby po naszym Kraju przeszła głośna fala naszego niezadowolenia. Ten wpis z resztą jest odpowiedzią na podobny apel Okiego z Sowiogórskiego Olbrzyma, który jest jak najbardziej słuszny.

Darz dół!!

Czego nie ma w pociągu.

Cały świat z zapartym tchem patrzy w kierunku Wałbrzycha, bo tam rozpoczęły się prace mające na celu dotarcie do „Złotego Pociągu”. Lokalne stacje radiowe z cogodzinną częstotliwością przypominają, że już za moment, za sekundę spod nasypu kolejowego wystrzeli złocista lokomotywa. Jednocześnie oficjalni sprawcy całego zamieszania, czyli spółka Koper&Richter jakby chcąc się zabezpieczyć przed porażką (szczególnie finansową) zdecydowała o odpłatnym przekazywaniu materiału wideo stacjom telewizyjnym z przebiegu akcji. Czyli jak wygląda odkopywanie pociągu zobaczą tylko wybrani, a jedyny przekaz na żywo będzie miała policja i zainteresowane służby. Typowe dla naszego kraju.

Ale ja w sumie nie o tym chciałem. A mianowicie o tym skąd się wziął „Złoty” pociąg i czego w tym pociągu na pewno nie będzie o ile jakikolwiek pociąg się znajdzie. Otóż mityczny Złoty Pociąg to rozwinięcie idei równie mitycznego Złota Wrocławia. Dla przypomnienia: autochton Herbert Klose, z zawodu weterynarz, zamieszkały we wsi Sędziszowa miał twierdzić, że w czasie wojny pracował w Prezydium Policji we Wrocławiu (niem. Breslau). Tam został przydzielony mjr. Olenhauerowi w roli przewodnika. Obaj mieli odbyć kilka wypraw w różne zakątki Dolnego Śląska w poszukiwaniu idealnego miejsca na ukrycie dość sporego depozytu. Ten miał składać się z rezerw wrocławskich banków oraz kosztowności zebranych od mieszkańców miasta. Owo zbieranie miało odbywać się w ramach apelu wystosowanego przez władze miasta do mieszkańców, a ogłoszonego na plakatach i ulotkach rozmieszczonych w całym mieście. Jednak podczas powrotu z jednej z wypraw nasz kapitan Klose spadł z konia i trafił do szpitala przez co został wyłączony z akcji ukrywania. Tyle historii mieszkańca Sędziszowej bardziej dokładnie jest ona opisana w książce „Złoto Generałów” Kudelskiego. Nasz „Złoty Pociąg” z Wałbrzycha ma być efektem wypraw mjr Olenhauera. W jego wagonach mają być ukryte depozyty banków Breslau oraz prywatne. Problem w tym, że cała tak historyjka opowiadana przez Klosego, będąca jednocześnie podstawą do szukania tego typu pociągów ma kilka słabych punktów. Po pierwsze nigdy nie udało się potwierdzić faktu zatrudnienia Klosego w randze kapitana, a taką informację podawał. Po drugie nikomu nigdy nie udało się potwierdzić istnienia wspomnianego mjr Olenhauera ( w różnych wariantach pisowni). Po trzecie trochę bezsensowny jest moment przygotowań do ukrycia depozytu. Klose podaje że wszystko działo się zimą 1945 roku. Jest to trochę późno, ponieważ wojska radzieckie stały na wschód od Warszawy już w sierpniu 1944. Na linii frontu gromadzono olbrzymie ilości sprzętu i ludzi. Dla każdego wywiadowca wiadomym było że te siły nie mają zostać rzucone na płonącą Warszawę. Wiadomym też było w jakim stanie jest Rzesza Niemiecka. W tych warunkach czekanie z wywiezieniem depozytów bankowych z Wrocławia aż do zimy bądź wiosny było dosłownie kretynizmem. Akcja taka została najprawdopodobniej przeprowadzona, ale jesienią 1944, czyli w momencie kiedy wszystkie drogi były przejezdne, akcję można było przeprowadzić na spokojnie, nie zwracając niczyjej uwagi. W końcu po czwarte prawie niewiarygodnym jest wystosowanie apelu do mieszkańców Wrocławia o składanie swoich kosztowności w bankach. Dlaczego? Otóż nigdy i nigdzie nie udało się odnaleźć choćby strzępka plakatu, ulotki czy gazety z takim apelem. A Klose cały czas powtarzał, że apel ukazał się drukiem. Kto choć trochę zna historię Wrocławia ten wie, że ważne apele, odezwy itp. we Wrocławiu ogłaszano w inny sposób. Otóż od połowy lat 30, od kiedy NSDAP uzyskała władzę w Rzeszy, we Wrocławiu zainstalowano system kilkuset głośników zainstalowanych na masztach w całym mieście. System ten tworzył wewnętrzny radiowęzeł, wykorzystywany przez narodowych socjalistów do celów propagandowych. Poza tym propaganda szerzona przez Goebbelsa nie pozwalałaby na wystosowanie takiego apelu. Tak się składa, że ostatnio czytałem książkę Richarda Hargravesa „Ostania twierdza Hitlera Breslau 1945”. (Nie lubię książek angielskojęzycznych autorów bo za dużo w nich zachodniej propagandy, ale akurat w tej jest ona na tyle widoczna, że po odfiltrowaniu zostają bardzo ciekawe opisy.) W książce tej w wielu miejscach jest napisane, że mieszkańców miasta propagandziści partii zapewniali w oficjalnych wystąpieniach o ich bezpieczeństwie, o pewności zwycięstwa Wielkiej Rzeszy Niemieckiej, o tym, że jeżeli chwilowo trzeba ograniczyć dostępność niektórych dóbr to tylko po to, by za chwilę cieszyć się bogactwem podbitej Europy. Mało tego, poddawanie pozycji Rzeszy w jakąkolwiek wątpliwość groziło posądzeniem o szerzenie defetyzmu. Funkcjonariusze partyjni byli wyczuleni na tym punkcie a zarówno Hans Frank jak i Goebbels czy Hitler na samo wspomnienie o tym dostawali ataków furii. Nawet na kilka chwil przed upadkiem Festung Breslau osobom wyrażającym chęć poddania miasta groziła śmierć, a w czasie samego oblężenia rozstrzelano pod zarzutem szerzenia defetyzmu kilkadziesiąt osób. Więc zastanówmy się tak chłodno cóż by się działo zimą 1944/45 jeśli zostałby wystosowany apel o oddawanie kosztowności z uwagi na zagrożenie atakiem na miasto. Biorąc pod uwagę powyższe uważam, że nie ma co szukać czegoś co miałoby być „Złotym Pociągiem”. Mieszkańcy Breslau swoje kosztowności albo zabrali ze sobą podczas olbrzymiej ucieczki z miasta tuż przed oblężeniem (nie można nazwać tego ewakuacją), ci zamożniejsi i więcej znaczący wywieźli to niepostrzeżenie korzystając ze swoich powiązań a depozyty bankowe zostały ewakuowane odpowiednio wcześniej na zachód.

Poruszając kwestię pociągowej gorączki chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedno. Otóż w momencie kiedy pojawia się możliwość zaistnienia przed szkiełkiem kamery ludziom wyłączają się wszelkie instynkty samozachowawcze a zdrowy rozsądek jest odsuwany głęboko w czeluście umysłu. Oczywistym szczytem szczytów jest tutaj rozwalanie muru oporowego na Jaworniku, dziwienie się że za drzwiami jest zawał i bajania wszelkie o „muchołapkach” i podobnych ustrojstwach. Ale syndrom ten dotyczy również ludzi do tej pory twardo stąpających po ziemi. Równolegle do działań w Wałbrzychu odbywają się prace pod Kamienną Górą. W mediach w roli eksperta wypowiada się Pan Lubieniecki. Kilka lat temu Pan ten wydał książkę, w której podchodził dość chłodno do tematu podziemnej fabryki w Antonówce. Przytaczał konkretne dowody, wskazywał miejsca, tłumaczył do tej pory niewytłumaczone. Ale nagle okazuje się, że teraz sam sobie zaprzecza. Otóż nie dość że nie neguje istnienia samej podziemnej fabryki to z wielkim przekonaniem opowiada, jakoby pod ziemią prowadzono eksperymenty biologiczne z wykorzystaniem jadu żmij, które występują w okolicznych lasach. Z mojej strony dwie sprawy: po pierwsze mieszkańcy pobliskiego Raszowa zgodnie powtarzają, że żmije pojawiły się na przełomie lat 60/70. Po drugie kto normalny lokowałby laboratoria chemiczne lub biologiczne w bezpośrednim pobliżu montowni amunicji, gdzie ryzyko eksplozji znacznej ilości materiałów wybuchowych jest bardzo wysokie.

Jak widać to co mówią do „profesory” i „eksperty” wszelkie trzeba brać bardzo na chłodno, tym bardziej że panuje zbiorowa gorączka powodująca bredzenie.

Czym był RAD

Kilkakrotnie w swoich wpisach wspominałem o takiej instytucji jak Reich Arbeits Dienst. Z racji tego, że jakiś czas temu w prasie jeleniogórskiej temat tej organizacji został wyciągnięty spod ziemi (a dokładniej liści), osobom, którym temat nie jest znany chciałbym to zagadnienie przybliżyć.

IMG_20160120_185543

Zacznę od wklejenia linku do artykułu o którym wspomniałem: http://www.nj24.pl/article/klopotliwe-znalezisko-na-basenie

Autor napisał, że w internecie można przeczytać, że RAD nie był organizacją faszystowską, szkoda że nie podał źródła. Ale żeby móc o tej organizacji rozmawiać, trzeba wiedzieć skąd się wzięła, więc trochę historii.

RAD powstał na bazie FAD (Frei Arbits Dienst) po naszemu można by to nazwać „Ochotniczy Hufiec Pracy. Był odpowiedzią państwa na braki na rynku pracy, spowodowane I wojną światową. Okazało się, że młodzież wchodząca w dorosłość nie ma praktycznych umiejętności potrzebnych w każdym gospodarstwie domowym. Dlatego jeśli rodzinie nie przynosiło to uszczerbku, mogła wysłać dziecko w wieku 17-18 lat na „przyuczenie” do tej organizacji. Taki młodzieniec (początkowo przyjmowano tylko mężczyzn, potem pojawiły się obozy kobiece) trafiał wraz z innymi do obozu w którym, w zamian za wikt i opierunek oraz drobną wypłatę wykonywał różne prace i zdobywał doświadczenie. Takie szkolenie trwało w początkowym okresie istnienia organizacji 18 miesięcy, potem stopniowo ten okres był skracany, a pod koniec wojny trwał raptem 3 tygodnie. Zmieniał się też „profil” wykonywanych prac, ale o tym to za chwilę.

Służba w FAD była dobrowolna. Członkowie byli zakwaterowani w budynkach typu szkoły bądź domy kultury lub w barakach na terenie wsi. Przy czym należy zauważyć, że barak w naszym rozumieniu jest czymś zupełnie innym niż baraki budowane przez Niemców. Były to budynki murowane z cegły, z wydzielonymi częściami mieszkalnymi, sanitarnymi i kuchennymi. W większych obozach były osobne kuchnie i sanitariaty. Baraki posiadały ogrzewanie. Po wojnie te budynki jak również te po obozach pracy były bardzo pożądanym towarem. Dlatego uprawnione przedsiębiorstwa państwowe zajmowały się ich rozbiórką i odsprzedażą. Znam przypadki z kilku miast, gdzie nieduże osiedla zbudowane są właśnie z takich baraków „z odzysku” a ich mieszkańcy do dzisiaj nie mają pojęcia o pierwotnym przeznaczeniu ich domostw.

Wróćmy do FADu. Młodzież należąca do tej organizacja posługiwała się sztandarami i odznakami na których umieszczone były dwa kłosy zboża oraz łopata.

Członkowie FAD zajmowali się pomocą w gospodarstwach rolnych, przy budowach boisk, basenów, szkół, kościołów, dróg, nasypów kolejowych oraz mostów, obowiązkowa była musztra. Warto zauważyć, że odbycie takiej służby przynosiło olbrzymie korzyści zarówno dla społeczeństwa jak i dla kraju. Człowiek po odbyciu takiej służby był przygotowany praktycznie do wszystkiego. Potrafił zbudować dom, obsłużyć krowę, młockarnię czy inną maszynę, dokonywać bieżących napraw w domostwie i jednocześnie był przygotowany do przyuczenia do każdego zawodu. Z kolei kraj stosunkowo niedużym nakładem kosztów rozbudowywał sieć drogową, kolejową, zyskiwał obiekty edukacyjne. Inną korzyścią byli obywatele, znający trud jaki wkłada się w powstawanie tych wszystkich obiektów, a tym samym mający szacunek do pracy swojej jak i innych. Tak całkiem od siebie dodam, obserwując nasze społeczeństwo, że takie „szkolenia” powinny odbywać się i obecnie.

Obozy FADu istniały do 1933 roku. Potem organizację przemianowano na Reich Arbeit Dienst, czyli Służba Pracy Rzeszy. Przynależność była obowiązkowa. Po dojściu do władzy Hitlera wprowadzono nowe elementy służby, takie jak zajęcia propagandowo-ideologiczne, rozszerzoną musztrę oraz szkolenia wojskowe. Te ostatnie obejmowały zarówno ćwiczenia fizyczne jak i obsługę broni wszystkich typów. Początkowo szkolenia te odbywały się tylko jednego dnia w tygodniu. Potem były coraz częstsze, aż w 1944 roku wszystkie pozostałe elementy zostały wykluczone, szkolenie trwało niecały miesiąc po czym członkowie RAD stawali się żołnierzami i trafiali prosto na front, a do służby przyjmowano nawet 15-letnie dzieci. Zakres prac budowlanych wykonywanych przez oddziały RADu został poszerzony o budowę okopów, umocnień i schronów. Kiedy Hitler oficjalnie zerwał traktat wersalski RAD stał się jedną z podjednostek Wehrmachtu. Symbole, którymi się posługiwano „udekorowano” swastyką.

Warto zwrócić uwagę na bardzo ważną rzecz. Otóż uwidacznia się przebiegłość nazistów w posługiwaniu się organizacjami społecznymi. Po pierwsze wprowadzenie zajęć propagandowych i obowiązek przynależności do organizacji doprowadził do bardzo szybkiego i powszechnego „wyprania” mózgów młodzieży. Po drugie ukrycie przed obcymi wywiadami rzeczywistej ilości żołnierzy. W końcu ta młodzież, po ukończeniu służby w RADzie była świetnie przygotowana zarówno fizycznie jak i praktycznie do służby w wojsku. Byli to ludzie, którzy z marszu mogli dostać do ręki karabin i wiedzieli co z nim zrobić. Nie jest to zresztą jedyny przykład przebiegłości Niemców w celu zatuszowania przygotowań do wojny. Innym jest prowadzenie wojskowych prac budowlanych pod przykrywką Ministerstwa Poczty. Tak było np. w zamku Książ, który po konfiskacie stał się własnością właśnie poczty. Pod podobnymi „przykrywkami” odbywały się też np. szkolenia przyszłej kadry SS przez funkcjonariuszy NKWD na poligonach w ówczesnych wschodnich Niemczech.

Na koniec chciałbym dodać jedno: w przytoczonym przeze mnie artykule jest postawiona teza, że RAD nie był organizacją faszystowską. Według mnie jest to błędne twierdzenie. Członkowie RAD po odbytej służbie byli tak samo przekonani do nauk i twierdzeń Hitlera jak członkowie Hitlerjugend.