Szkolnictwo w dawnych Ściegnach.

W tym wpisie chciałem przedstawić kolejną ciekawostkę z historii naszej malowniczej miejscowości.

Obecnie jak wiadomo, szkoła w Ściegnach jest jedna. Zajmuje budynki po powszechnej szkole z czasów niemieckich. Trzeba przyznać, że wielu ludzi włożyło wiele wysiłku w rozwój szkoły w naszej miejscowości. Osobiście uważam, że szczególne uznanie należy się Panu Dyrektorowi Leszkowi Basińskiemu, który poświęcił się całkowicie dla rozwoju tej szkoły. Głównie dzięki Niemu zarówno dzieci ze Ściegien jak i z sąsiednich miejscowości mogą korzystać z rozbudowanych, zadbanych i świetnie wyposażonych obiektów. Celem mojego wpisu nie jest jednak opowiadanie najnowszej historii szkoły, tylko przedstawienie historii z czasów niemieckich.

Zacząć należy od tego, że szkoły w dawnym Steinseiffen były… trzy! Najstarsza była oczywiście szkoła powszechna, czyli ewangelicka.

Budynek szkoły powszechnej w głębi podwórza. Źródło: Rudolf Pradler "Ściegny-Steinseiffen..." str. 74

Budynek szkoły powszechnej w głębi podwórza. Źródło: Rudolf Pradler „Ściegny-Steinseiffen…” str. 74

Jak podaje Rudolf Pradler w swojej książce „Ściegny – Steinseiffen, śląska wieś w Karkonoszach”, pierwsze zajęcia odbywały się od 1742 roku w wynajętej izbie. W 1757 roku urządzono oddzielną klasę dla dolnej części wsi. Szkoła w oddzielnym budynku została uruchomiona została dopiero 13 stycznia 1841 roku. Nie był to jednak budynek obecnej szkoły. Te znane nam obecnie zostały wybudowane w latach 1911-1912. Najpierw budynek bliżej ulicy, w którym były dwie klasy na parterze i dwa mieszkania na piętrze dla nauczycieli. Budynek w głębi powstał w drugiej kolejności. Jego pierwotna bryła stanowiła raptem 1/3 obecnego budynku. Znajdowały się tam 4 klasy i mieszkanie dla woźnego na poddaszu.

Budynek szkoły podstawowej znajdujący się bliżej ulicy.

Budynek szkoły podstawowej znajdujący się bliżej ulicy.

Ten sam budynek od strony podwórza.

Ten sam budynek od strony podwórza.

Obecny wygląd budynku z pierwszej grafiki we wpisie. Część na prawo od obecnego wejścia to budynek poniemiecki.

Obecny wygląd budynku z pierwszej grafiki we wpisie. Część na prawo od obecnego wejścia to budynek poniemiecki.

Oprócz szkoły powszechnej znajdowała się w miejscowości jeszcze szkoła katolicka. Z racji stosunkowo niewielkiej liczby katolików w Ściegnach (np. w 1845 roku na 1406 mieszkańców miejscowości było tylko 77 katolików) szkoła miała tylko jedną klasę, w której wszystkie dzieci uczyły się razem. Szkoła katolicka zaczęła działąć w połowie XIX wieku w wynajmowanej izbie, ok 20 lat później urządzono osobny budynek szkoły. Jest to duży budynek ok 200m poniżej głównego skrzyżowania. W 1936 roku zlikwidowano szkoły wyznaniowe. Dlatego dzieci ze szkoły katolickiej zaczęły uczęszczać do szkoły powszechnej, a w budynku dotychczasowej szkoły zakwaterowano siostry zakonne i umieszczono kaplicę.

Budynek dawnej szkoły katolickiej.

Budynek dawnej szkoły katolickiej.

Ostatnią instytucją szkolną w Steinseiffen było przedszkole, prowadzone początkowo przez wspomniane siostry, a od 1935 roku przez zatrudnione przedszkolanki. Przedszkole mieściło się w budynku przy ścieżce prowadzącej w kierunku zachodnim, a rozpoczynającej się ok 15 metrów powyżej szkoły powszechnej.

Budynek dawnego przedszkola.

Budynek dawnego przedszkola.

Na zakończenie chciałbym podziękować wspomnianemu Panu Dyrektorowi, który przekazał mi do opracowania zbiór starych dokumentów i fotografii. Mam nadzieję, że będą źródłem wielu ciekawych informacji do kolejnych wpisów.

Kowary – hitlerowskie obozy pracy

Jako osoba, której zamiłowanie do historii rozpoczęło się od pewnych wydarzeń z okresu II wojny światowej, cały czas mam świadomość tego jak bardzo jej czasy naznaczyły praktycznie wszystkie miejscowości Dolnego Śląska. Mam na myśli rzecz charakterystyczną właśnie dla okresu tego wielkiego konfliktu, czyli istnienie obozów koncentracyjnych, pracy, jenieckich, zagłady itd. Obozy tworzone przez Niemców, miały być po prostu więzieniem, miejscem eksterminacji lub wykorzystywania ludzi jako praktycznie darmowej siły roboczej.

Z racji tego, że ostatnio pisałem o Kowarach, postanowiłem poświęcić kolejny swój wpis właśnie zagadnieniu obozów znajdujących się w tym mieście. Nie jest to zagadnienie przyjemne ani też szczególne. Niemcy pod rządami NSDAP z upodobaniem rozwijały sieć obozów. Nie tylko były one formą represji ale również świetnym interesem. Nie był to z resztą ich „wynalazek”. Pierwsze obozy koncentracyjne powstawały już w drugiej połowie XVIII wieku. Pierwsze niemieckie obozy powstały w roku 1904 w niemieckich koloniach w Afryce.1 Ich skutkiem było wymarcie 65 z 80 tysięcy mieszkańców. Komisarzem kolonii i osobą współodpowiedzialną za działalność obozów był Heinrich Göring, ojciec… Hermanna Göringa.2 Jak więc widzimy, tworzenie obozów jest swoistą niemiecką specjalnością, a ich próby wybielenia swojej przeszłości w obecnych czasach powinny wywoływać tylko pusty śmiech. Ale to taka moja złośliwa dygresja. Dodam jeszcze na marginesie, że przed II wojną (ok. roku 1936) w obozach przetrzymywano głównie więźniów politycznych a ich praca była wykorzystywana między innymi w rejonie Gór Sowich o czym wspominają relacje okolicznej ludności.

Wracając do Kowar zaznaczyć należy, że obozy znajdujące się w mieście nie były duże, liczyły od kilkunastu do kilkudziesięciu więźniów. Głównie pochodzili oni z trzech „źródeł”. Po pierwsze byli to robotnicy przymusowi, czyli ludność cywilna, z podbitych przez Niemcy terytoriów. Druga grupa to jeńcy wojenni, głównie Francuzi i Włosi. Ostatnia grupa to byli ludzie złapani po upadku powstania warszawskiego, głównie kobiety, niektóre z dziećmi. Jednocześnie była to grupa, która zakończyła okres tworzenia w Kowarach nowych obozów. Wszystkie obozy w Kowarach były, według mojej opinii, obozami pracy. W literaturze można spotkać czasem rozróżnienie na kowarskie obozy pracy oraz obozy jenieckie. Jednak wszyscy więźniowie którzy tu trafiali, trafiali do pracy. Z resztą bezsensem byłoby przywożenie np. z Goerlitz ok 15 osób, tylko po to, żeby je przywieźć.

Myślę, że tym wstępem przybliżyłem problematykę obozów w Kowarach i mogę przejść do przedstawienia już konkretnych miejsc. Dodam, że w tym wpisie ograniczę się do miejsc znajdujących się bezpośrednio w mieście. Obozy w okolicznych miejscowościach opiszę w innym artykule.

Fabryka Dywanów:

  • obóz założony na bazie majątku skonfiskowanego żydowskiej rodzinie Weinsteinów. . Liczył ok 500m2 powierzchni, przebywało w nim od 150 do 200 jeńców ze Stalagu VIIIA Goerlitz. Był to najliczniejszy udokumentowany obóz w Kowarach. Więźniowie byli zatrudniani w okolicznych zakładach oraz w fabryce dywanów. Jako jedyny, obóz posiadał swoją izbę chorych a warunki w nim panujące były w miarę dobre. Obóz zlikwidowano w maju 1945 roku.
  • Obóz dla kobiet z powstania warszawskiego. Założony 16 sierpnia 1944 roku, zlikwidowany w 1945r. W obozie przebywało ok 40 kobiet zatrudnionych w fabryce dywanów. Obóz znajdował się przy obecnej ulicy zamkowej w piętrowym budynku. Kobietom, z uwagi na złe warunki żywieniowe pomagali Polacy przebywający w Kowarach na wolności.

Oba obozy mieściły się po stronie południowej ulicy zamkowej. W tym miejscu są obecne budynki, rozbudowanej w latach 60-tych XX wieku fabryki dywanów. Pierwotnie fabryka dywanów ograniczała się do zabudowań najbliższych majątku jej właścicieli, czyli Willi Smyrna. Podczas wspomnianej rozbudowy wyburzono wiele mniejszych zabudowań, w tym wspomniane obozy.

SONY DSC SONY DSCWilla Smyrna.

SONY DSCWjazd na teren dawnej fabryki dywanów.

Oba obozy wymieniane są w opracowaniu Zbigniewa Bartkowskiego pt. „Obozy na ziemi Jeleniogórskiej w latach 1939 – 1945”, Rocznik Jeleniogórski, tom X, 1972r (dalej RJ`72) oraz monografii „Dzieje Kowar – zarys monograficzny do 2010 roku” pod redakcją Wiesława Wereszczyńskiego, Wydawnictwo „A-F-T”, Jelenia Góra 2013 (dalej DK) dodatkowo obóz drugi występuje również w opracowaniu pt „Obozy hitlerowskie na ziemiach polskich 1939-1945” pod redakcją Głównej Komisji Badania Zbrodni hitlerowskich w Polsce, PWN, Warszawa 1979 (dalej OH).

 

Fabryka porcelany technicznej.

  1. Obóz założony w sierpniu 1944 roku. Przebywały w nim Polki z powstania warszawskiego w liczbie ok 25. Zakwaterowane były w jednej z hal fabrycznych. Przypuszczalna data likwidacji to maj 1945r. Obóz wymieniony w RJ`72 oraz OH.

SONY DSCSONY DSC SONY DSC SONY DSCZabudowania fabryki porcelany technicznej, obecnie zakład kamieniarski.

Obóz przy dawnej ulicy Armii Czerwonej nr 10 (obecnie ul. Łomnicka):

  1. Obóz założony w 1940 roku. W murowanym budynku zakwaterowanych miało być ok 400 jeńców francskich ze Stalagu VIIA Goerlitz. Dzieleni mieli być na małe grupy (10-20) osób i wysyłani do różnych prac w Kowarach, Mysłakowicach i Krzaczynie. Obóz miał być zlikwidowany w maju 1945r. Obóz jest wymieniany zarówno w RJ`72 jak również DK. Z tym, że pan Wereszczyński wspomina że obóz ten nie został wspomniany przez samych Francuzów w ich monografii, poza tym jego rozmiary oraz sposób funkcjonowania pozwalają powątpiewać w jego istnienie.

  SONY DSC SONY DSC SONY DSCBudynek przy ulicy Łomnickiej 10.

Obóz przy dawnej fabryce włókienniczej, powojenny oddział firmy Orzeł, ul Bielarska, za czasów niemieckich Otto Peschel – Bleich und Apparaturanstalt.

  1. Obóz dla kobiet z powstania warszawskiego, utworzony w sierpniu 1944r. W obozie przebywało ok 30 kobiet, niektóre z dziećmi. Kobiety pracowały w bielniku, praca była ciężka, przy środkach chemicznych. Kobiety uskarżały się na słabe wyżywienie. Zimą sytuacja była jeszcze gorsza, gdyż kobiety zakwaterowane były na poddaszu jednej z hal, poddasze to było nieogrzewane. Polkom starali się pomagać inni Polacy zatrudnieni poza zakładem. Obóz zlikwidowany 30 kwietnia 1945r. Wymieniany w: RJ`72, DK oraz OH

SONY DSC SONY DSC SONY DSCNa zdjęciach zabudowania dawnego bielnika, część hali fabrycznej jakiś czas temu została wyburzona.

Kopalnia rudy żelaza/uranu Wolność.

  1. Obóz założony w kwietniu 1940 roku. Pierwszą grupę więźniów stanowili Polacy z Sosnowca i Dąbrowy Górniczej w liczbie 25 osób. W swoich miejscach zamieszkania pracowali głównie jako górnicy i taką pracę dostali w Kowarach. W czasie późniejszym ilość więźniów wzrosła do 40 osób, a w sierpniu 1944 roku przywieziono kolejnych 15. Wszyscy więźniowie musieli na ramieniu nosić opaski z literą P. Nie byli pilnowani,ale nie mogli też chodzić po całym mieście. Np. nie mogli korzystać z niemieckich instytucji kulturalnych, kościołów. Z gospód mogli korzystać jedynie w wyznaczonych godzinach i nie mogli w tym czasie w nich przebywać Niemcy. Mieli też wyznaczone godziny w jakich nie mogli wychodzić poza obóz i miejsce pracy (najczęściej między godziną 21 a 5 rano)3 Praca na kopalni trwała od 5:30 do 22:450 w przypadku osób pracujących pod ziemią (praca na dwie zmiany) oraz od 5:30 do 23:30 jeśli chodzi o pracę na powierzchni. W pierwszych latach niedziela była dniem wolnym od pracy.4 Robotnicy za swoją pracę dostawali wynagrodzenie w takiej wysokości jak pracownikom niemieckim, z tym, że zgodnie z ustawą z dnia 16.5.1940r robotnikom polskim potrącano 15%. Przysługiwało też prawo do dodatku za pracę poza miejscem zamieszkania, jednak od listopada 1940 przysługiwało ono wyłącznie żonatym.5 Przeciętnie polski robotnik zarabiał ok 150 marek miesięcznie, jednak jeśli odejmiemy od tego wspomniane 15% oraz wszelkie inne „dodatki” jak np. opłata za wyżywienie i miejsce w baraku to okaże się, że wszystkie razem wynosiły ok 100 marek. Więc pozostaje ok 50 marek z których robotnik musiał kupić sobie ubrania, mydło, lepsze wyżywienie oraz część wysłać na utrzymanie rodziny. Trzeba pamiętać, że zdarzali się robotnicy, którzy na rękę dostawali raptem 11 marek, tak jak np. S. Gacek zatrudniony od stycznia do lipca 1941r.6 Polscy robotnicy mieszkali w baraku na terenie kopalni i musieli przestrzegać dość ogólnego regulaminu obozowego. Do ich obowiązku należało np. dbanie o czystość i porządek w obozie, dbanie o inwentarz obozowy, nakazywano im zasłanianie okien po zmroku oraz zakazywano trzymania na terenie obozu pił i siekier. W obozie przeprowadzano inspekcje i wizytacje.7 Polacy żywieni byli z kuchni obozowej prowadzonej przez Niemki, jednak ich wyżywienie było dość marne. Na śniadanie i kolację otrzymywali kawę bądź herbatę i ciepłą strawę na obiad.8 Wiadomo że wśród Polaków zdarzały się ucieczki, próby uchylania się od pracy czy nawet akcje sabotażu.9 Oprócz przytoczonego w przypisach źródła obóz wymieniają: RJ`72, DK, OH
  2. Obóz dla jeńców francuskich. Data założenia nie znana. W obozie przebywało ok 40 więźniów. Zakwaterowani byli w baraku drewnianym obok kopalni, pilnowani przez żołnierzy Wehrmachtu. Praktycznie wszyscy pracowali jako górnicy. Obóz został zlikwidowany w maju 1945roku. Wymieniany w: RJ`72 oraz DK z tym, że autor opracowania w DK, pan Wereszczyński, podaje, że raczej to byli jeńcy włoscy a nie Francuzi. Rozwiązaniem tych niejasności może być zapis z OH, który mówi o oddziale roboczym jeńców ze Stalagu VIIIA Goerlitz, utworzonym w 1941 dla jeńców francuskich, od 1942 radzieckich a w latach 1943-45 włoskich.10
  3. Obóz dla jeńców włoskich. Data utworzenia również nieznana. W obozie było ok 60 więźniów, którzy przebywali w hali po dawnej kuźni. Część pracowała pod ziemią. Pilnowani byli również przez żołnierzy. Likwidacja również w maju 1945 roku. Obóz ten jest w wymieniony w RJ`72 oraz DK.

SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSCFotografie przedstawiają teren po kopalni Wolność.

Oprócz powyższych w OH wymieniony jest obóz jeńców nieustalonej narodowości ze Stalagu VIII A Goerlitz, którzy w październiku 1940 roku mieli w liczbie 15 osób pracować przy regulacji rzeki oraz obóz w którym między październikiem 1943 a majem 1945 roku mieli być przetrzymywani Polacy żydowskiego pochodzenia. Lokalizacje obu obozów nie są znane.

Z powyższego zestawienia wynika że w Kowarach w czasie wojny mogło przebywać co najmniej 450 (uwzględniając obóz przy ulicy Łomnickiej nawet 850) więźniów. Należy też pamiętać, że mniejsze firmy mogły zatrudniać do pracy pojedynczych więźniów. Źródła na których się opierałem nie wspominają o śmiertelności. Prawdopodobnie wynika to ze stosunkowo dobrego traktowania więźniów. Niemniej jednak zauważyć należy, że do tej pory poza opracowaniami podobnymi do mojego pracownicy przymusowi z Kowar nie zostali w jakikolwiek sposób upamiętnieni. Mam nadzieję, że informacje zawarte przeze mnie, mimo że nie dotyczą tematu przyjemnego, będą dla osób interesujących się historią zarówno Kowar, jak i Kotliny jeleniogórskiej przydatne.

Wszystkie zdjęcia są mojego autorstwa.

1„Koszmar niewolnictwa. Obozy koncenracyjne od 1896 do dziś.” – Andrzej Kamiński, wyd Przedświt, Warszawa 1990.

2„Historia stosunków międzynarodowych 1815-1945.” Wyd X, Wiesław Dobrzycki, Wydawnictwo Naukowe Scholar, Warszawa 2007

3Zbigniew Kwaśny, Czesław Margaś, „Z dziejów polskich robotników przymusowych w kowarskiej kopalni w latach 1941-43”, Rocznik Jeleniogórski 1963, str. 126

4Zbigniew Kwaśny, Czesław Margaś, „Z dziejów polskich robotników przymusowych w kowarskiej kopalni w latach 1941-43”, Rocznik Jeleniogórski 1963 str. 122

5Ibidem, str. 123

6Ibidem, str. 124

7Ibidem, str. 127

8Ibidem, str. 127

9Ibidem, str. 132

10„Obozy hitlerowskie na ziemiach polskich 1939-1945” Główna Komisja Badania Zbrodni hitlerowskich w Polsce, PWN 1979, str 247

Legenda o Duchu Gór i początkach miejscowości Ściegny.

Legenda o Duchu Gór, początkach miejscowości Ściegny, złych szamankach i wiecznej studni.

 

Widok na Ściegny ze skraju lasu na wschodzie wsi. W tel Księża Góra i Śnieżka.

Widok na Ściegny ze skraju lasu na wschodzie wsi. W tle Księża Góra i Śnieżka. Z archiwum autora.

Wieś Ściegny (niem. Steinseiffen – kamienny potok) jest podobna do innych miejscowości Karkonoszy. Malowniczo położona wzdłuż potoku Skałka, który swój początek bierze aż pod Kowarskim Grzbietem między Budnikami a Wilczą Porębą. Jednak jej historia jest jedyna w swoim rodzaju. Niemieccy kronikarze podają, że wioska powstać mogła ok tysięcznego roku, jednak coraz nowsze odkrycia archeologów, takie jak np. Pański Dom świadczą o tym, że początki osadnictwa w Karkonoszach są dużo, dużo starsze. Legendy mówią nawet o pradawnych Celtach, którzy dotarli w nasze góry w poszukiwaniu rud złota i srebra oraz kamieni szlachetnych. Wraz z celtyckimi poszukiwaczami wędrowali Druidzi czyli kapłani, których zadaniem było sporządzanie leczniczych mikstur z ziół oraz składanie ofiar bogom lasów żeby zapewnić ich przychylność wędrowcom. Druidom pomagały szamanki, które miały zbierać zioła oraz inne owoce lasu. Celtowie, dzięki szacunkowi oddanemu Duchowi Gór – Liczyrzepie, dostąpić mieli zaszczytu wejścia do skarbca Karkonoszy. Liczyrzepa wskazał im miejsce w Sowiej Dolinie, w którym poszukiwacze wykuli chodnik do wnętrza góry. W środku mieli znaleźć olbrzymią ilość kamieni szlachetnych. Podobno jedna z istniejących sztolni w Sowiej Dolinie prowadzi właśnie do skarbca Liczyrzepy. Uradowani Celtowie ze znalezionym skarbem mieli wrócić do swojej rodzinnej krainy. Jednak nie wszyscy. Druidzi i szamanki były zachwycone Karkonoszami. Na ich rodzinnej wyspie, ówczesnej Brytanii, nie było takich olbrzymich gór porośniętych tak wspaniałymi lasami z bogactwem zwierzyny, ziół oraz grzybów i jagód. Część z nich postanowiła zostać tu na zawsze. Na swój dom wybrali środkowy bieg właśnie potoku Skałka. Równy teren u samego podnóża gór był idealny do założenia pierwszych gospodarstw. Z czasem obok zagród pierwszych osadników zaczęły pojawiać się następne i tak powstała wieś Ściegny lub jak głosi pierwotna nazwa miejscowości „Osada Kamienny Potok”. Lata upływały a ludzie żyli sobie spokojnie w zgodzie z naturą. Uprawiali ziemię, hodowali zwierzęta, polowali. Zimą Druidzi przygotowywali mikstury z ziół zebranych latem, opowiadali legendy o skarbach ukrytych wewnątrz gór oraz wykonywali ozdoby z drewna. Podobno przodkowie sławnych snycerzy ze Ściegien, których wyroby docierały nawet do Wenecji mieli pobierać nauki właśnie od Druidów. Przez lata wszyscy żyli w zgodzie. Niestety, ze względu na zbyt częste raczenie się nalewkami ziołowymi szamanki zaczęły stawać się coraz bardziej zgryźliwe i kłótliwe. Bez powodu wszcznały awantury, zaczęły też na niewinnych mieszkańców i ich gospodarstwa rzucać złe uroki. Podczas obrzędów przy „Dobrym źródle” na górze Grabowiec ludzie pytali Liczyrzepę, dlaczego ten nie reaguje. Bardzo rozgniewało to Liczyrzepę, który widział, że większość mieszkańców Ściegien jest dobra i ciężko pracuje na chleb. Postanowił pomóc mieszkańcom i ukarać złe szamanki. Po zachodniej stronie potoku wydrążył studnię. Studnię najgłębszą ze wszystkich, tak aby nigdy nie wyschła.

SONY DSC

Następnie złapał wszystkie szamanki, pozamieniał w żaby i wrzucił do studni. Od tego momentu, co roku, kiedy przychodzi lato a poziom wody w studni się obniża, setki żab wyskakują nocami ze studni i próbują przedostać się do lasu porastającego Kozi Grzbiet po wschodniej stronie miejscowości w nadziei, że spotkają jakiegoś Druida, który przywróci im ludzką postać. Pamiątkami po tym wydarzeniu są jedyne w kraju znaki ustawione w górnej części miejscowości ostrzegające o żabach skaczących po ulicy oraz samotna studnia na działce położonej po zachodniej stronie potoku Skałka, w której nawet w największe susze jest woda.

SONY DSC

Wyjątkowy w skali całej Polski znam ostrzegawczy znajduje się w historycznej części miejscowości Steinseiffen.

 

 

PS. Oczywiście powyższa legenda jest tylko legendą mojego autorstwa i należy ją traktować jedynie w kategoriach swobodnej opowieści a nie faktów historycznych.

Campowy Dzień Dziecka

Kilka dni temu zostałem poproszony, jako poszukiwacz, o zorganizowanie jakiejś atrakcji dla dzieci w ramach Campowego Dnia Dziecka organizowanego przez Camp66.  Ideą imprezy było stworzenie dzieciom jak największej liczby najprzeróżniejszych atrakcji. Na moim „stanowisku” każde z dzieci, które przez chwilę chciało poczuć dreszczyk emocji związanych z poszukiwaniem skarbów dostawało wykrywacz do ręki i na wyznaczonym terenie szukało złotych, czekoladowych Denarów;)IMG_20170601_155827 Okazało się, że wszystkim sprzyjało szczęście tego dnia, więc każdy nie dość że mógł zabrać ze sobą słodki skarb, to jeszcze otrzymał odznakę poświadczającą przejście szkolenia z obsługi wykrywacza. IMG_20170601_172911

Zainteresowanie dzieci było olbrzymie, niektóre wracały po kilka razy tylko po to, by pochodzić z wykrywaczem i posłuchać jak „dzwoni” ;) W pewnym momencie na małym poletku poszukiwania były prowadzone przez dwie ekipy poszukiwaczy ;) IMG_20170601_170943Przy okazji z kilkoma rodzicami udało mi się porozmawiać na temat poszukiwań jak również historii okolicznych miejscowości.

Oprócz poszukiwań skarbów na dzieci czekały takie atrakcje jak: pokaz sprzętu gaśniczego zorganizowany przez jednostki OSP Ściegny i OSP Karpacz, nauka strzelania z łuku, podstawy survivalu czyli budowanie szałasu, nauka chodzenia na szczudłach, maxi szachy, olbrzymia góra piachu, tak samo olbrzymie bańki mydlane, slack line oraz cała masa mniejszych ale równie wspaniałych atrakcji. Nie zabrakło oczywiście kiełbasek z ogniska lub grilla oraz hektolitrów orzeźwiającej lemoniady. Wszystko oczywiście było dla dzieci prezentem z okazji ich święta.

Ze zdumieniem zaobserwowałem, że dzieci doskonale potrafią sobie same zorganizować zabawę. Wystarczy zapewnić im odpowiednio dużo miejsca, „narzędzia” do zabawy i przede wszystkim nie przeszkadzać.

Na zakończenie chciałbym bardzo podziękować Pani Magdalenie Arcimowicz za zaproszenie do udziału w imprezie oraz Marcie z Riders-Studio za wykonanie w ekspresowym tempie odznak. Była to wielka przyjemność poświęcić trochę czasu dzieciakom i pokazać im swoją pasję, być może któreś z nich się zarazi i też zacznie szukać „wiatru w polu”. Zapraszam do galerii zdjęć z imprezyIMG_20170601_170933Dla dzieci „śpiewały” Garret Ace 250 oraz Rutus Argo.

Krzaczyna – fabryka zbrojeniowa – film

Bardzo powoli będę chciał dokończyć temat fabryki zbrojeniowej w Krzaczynie. Między wpisami na inne tematy pojawią się wpisy mojego autorstwa na ten temat zamieszczone na stronie, która już nie działa. A tymczasem zapraszam na film, na którym zobaczycie opuszczone pomieszczenia po dawnych warsztatach szkolnych, utworzonych w budynku należącym do fabryki. Zobaczycie również bardzo niepozorny budynek, który skrywa dwa stanowiska do testowania silników rakietowych. Zapraszam:

Krzaczyna cz1.

Krzaczyna cd.

Uwstecznianie się?

W międzyczasie, zanim pojawi się kolejny wpis dotyczący historii moich okolic chciałbym skomentować sytuację, czy pewien trend jaki ostatnio zauważyłem.

Jaka jest sytuacja „poszukiwaczy wiatru w polu” w Polsce większość środowiska wie doskonale. Przepisy nie określają jasno że białe jest białe a czarne czarne, a niektóre urzędy roszczą sobie prawo nawet do marchewki wykopanej w naszym własnym ogródku. Środowisko poszukiwaczy od lat domaga się zmian przepisów. W takiej sytuacji oczywistym jest, że należałoby zadbać o jak najlepszy wizerunek nas wszystkich.

Jako osoba, która chce się swoją wiedzą dzielić z innymi należę do kilku tzw. „grup” na wiadomym portalu społecznościowym. To co obserwuję od początku tegorocznej wiosny powoduje że poważnie się zastanawiam nad tym czy przypadkiem nie zaczęliśmy się cofać w rozwoju. Przytoczę kilka przykładów:

1. Co chwile pojawiają się wpisy osób wkurzonych na ludzi będących przed nimi na danej miejscówce za pozostawione kratery i śmieci. I mają rację. Skoro, jeden z drugim, miałeś tyle siły żeby wyjerchać dół, to masz na tyle żeby zepchnąć tą ziemię tam gdzie była. I nie ważne czy to pole, łąka czy las. Zostawiajmy po sobie porządek. Ręce nam od tego nie odpadną, a kto wie czy za którymś drzewem nie stoi leśnik, który obserwuje nasze poczynania.

2. Praktycznie kilka razy dziennie pojawiają się zdjęcia różnych „urwiłapek”. Najczęściej jeszcze w ziemi i prośba o identyfikację. Gdzieś tam w komentarzach pojawia się informacja że znalezisko zostało w ziemi. I chwała Bogu. Ale po co się tym chwalić i dociekać co to. Ważne że coś niebezpiecznego. Żyjemy na takiej a nie innej ziemi. Pełno tego po polach i łąkach. Wykopałeś? Albo zgłoś albo zakop głębiej. I zapomnij o tym. Po co masz być ciągany po lesie w celu wskazania miejsca ukrycia. Wystarczy przyjąć jedną zasadę: nie chcesz zabierać do domu to się nie chwal, nie rób zdjęć. Proste.

3. Ten przypadek rozłożył mnie totalnie: ktoś trafił na polankę, żeby nie mieć przypałów szukał właściciela. I wtedy wyszło, że na polance był kiedyś cmentarz. Dla mnie sprawa jest zamknięta. Ziemia uświęcona więc nie ma co szpadla wbijać. Ale ten ktoś się pyta czy jak nie ustalił do kogo ziemia należy i nie jest ogrodzona to może kopać. Brak słów.

Takich przykładów mógłbym wypisywać dziesiątki, włącznie z kilkukrotną prośbą o identyfikację tych samych przedmiotów po kilka razy na tydzień. Tutaj widzę dwie przyczyny: społeczeństwo jest leniwe, chce mieć efekty i wiedzę natychmiast oraz to że taka „grupa” to nie typowe forum, gdzie są działy, gdzie są eksperci w danych kategoriach, gdzie wreszcie tematy nie giną po 2 dniach wymieszane wszystkie razem.

Zaraz pewnie wyleje się na mnie fala krytyki. Że trzeba iść z postępem, że tak jest szybciej i łatwiej i że w taki sposób „nowi” szybciej zdobywają wiedzę. Po pierwsze nie zawsze szybciej i łatwiej znaczy lepiej. Po drugie w taki sposób wcale się nie rozwijamy, wręcz przeciwnie. Po trzecie o wiele więcej satysfakcji sprawia samodzielna identyfikacja znaleziska niż cyknięcie zdjęcia i wrzucenie w net.

Na zakończenie tej mojej przydługiej wypowiedzi chciałbym zaapelować o rozsądek we wszystkim co robimy. Pamiętajmy że działamy nie tylko na swoje, ale przede wszystkim całej społeczności imię. Chciałem też polecić miejsce w sieci, które uważam za bardzo ciekawe, mianowicie http://www.pasja-eksploracja.com/. I już całkiem na koniec życzę wszystkim szukającym wiatru w polu płytkich i bogatych dołków.

PS. http://riese-inne.blogspot.com/

Kowary – strzelnica

Pewnie większość z Was słyszała jakiś czas temu o pomyśle budowy strzelnicy w każdej gminie. Samą zasadność takich działań zostawmy, ale być może byłaby to szansa na uratowanie obiektów, które kiedyś służyły ludności do trenowania i uprawiania strzelectwa a obecnie popadają, bądź już prawie są ruiną.

Taka właśnie strzelnica znajduje/znajdowała się w Kowarach. Położona jest przy obwodnicy miasta, za stacją paliwową Muller, jadąc w kierunku południowym. Wprawne oko dostrzeże w zaroślach wał ziemny oraz fragmenty jakiś „betonów” nieopodal drogi. Jak wspomniałem kowarska strzelnica chyli się ku upadkowi, choć jej najważniejsza część, czyli wały zabezpieczające linię strzału oraz kulołap wyglądają dość nieźle. Natomiast praktycznie nie zostało nic z budynków, które służyły do obsługi strzelnicy. Cały teren oczywiście jest zaśmiecony wszelkimi możliwymi śmieciami. Taka nasz przypadłość. Poniżej kilka zdjęć obiektu.

SONY DSC

Miejsce po budynkach

Kolejne resztki budynków.

Kolejne resztki budynków.

Widok w kierunku wschodnim.

Widok w kierunku wschodnim.

Widok na kulołap kończący strzelnicę.

Widok na kulołap kończący strzelnicę.

Oraz rzut oka ze szczytu kulołapu. Patrzymy w kierunku zachodnim.

Oraz rzut oka ze szczytu kulołapu. Patrzymy w kierunku zachodnim.

Lokalizacja strzelnicy na przedwojennej mapie, dlatego brak obwodnicy.

Lokalizacja strzelnicy na przedwojennej mapie, dlatego brak obwodnicy.

Kowary (niem. Schmiedeberg) – stary cmentarz i pomnik

Witajcie po dłuższej przerwie.

Dziś chciałem się z Wami podzielić jedną z ciekawostek jakie czekają na bacznych obserwatorów otoczenia. Czyli będzie krótko i powracamy do tematów związanych z historią.

Chyba każdy z podróżujących główną drogą z Kowar na Przełęcz Kowarską zauważył pomnik znajdujący się przy zajeździe Victoria. Oczywiście jest to pomnik ofiar I wojny światowej. Takie stały praktycznie w każdej niemieckiej miejscowości. Ten akurat poświęcony jest poległym lotnikom, choć wcale to nie wynika z inskrypcji na nim.SONY DSC Ok 2008 roku zostały zamontowane odnowione tablice z inskrypcjami oraz dołożono tablicę naprzeciw pomnika. SONY DSCSONY DSC

SONY DSCSONY DSCPrzy tej okazji został zmieniony tekst na tablicy pd-zach, który oryginalnie brzmiał „niezwyciężonej armii niemieckiej”.SONY DSCMało kto jednak ma świadomość tego, że rozpoczynając podjazd na Przełęcz mija znajdujący się po prawej stronie szosy  stary cmentarz. waldfirehofZ racji tego, że w żadnych źródłach nie ma o nim ani słowa postanowiłem zasięgnąć języka w UM w Kowarach. Sympatyczny gospodarz „sali pamięci” przy Urzędzie powiedział, że do końca nie wiadomo kto był tam chowany ani kiedy cmentarz powstał. Jedno z podań mówi, że na cmentarzu chowani byli „innowiercy”. Umiejscowienie z dala od zabudowań, praktycznie na granicy miasta może świadczyć o tym, że pochowane są tam ofiary jakiejś zarazy. Po wojnie cmentarz nie był używany. Stopniowo nagrobki były dewastowane. Podobno jeden z miejscowych kamieniarzy trudnił się tym, że pozyskiwał płyty nagrobne z tego miejsca. Zacierał stare napisy i robił nowe. Część mogił była też rozkopywana w poszukiwaniu „skarbów”. Dzisiaj, mimo usilnych poszukiwań, nie udało mi się odnaleźć choćby jednej płyty nagrobnej. Dzieła zniszczenia dokonała kilkanaście lat temu jedna z firm budowlanych, która na zdewastowany już cmentarz wywoziła resztki z placów budów. Działo się tak mimo braku ze strony władz miasta jakiejkolwiek deklaracji o likwidacji cmentarza. W maju 2015 roku Urząd Miasta podjął uchwałę o wpisaniu reliktu cmentarza Waldfriedhof do miejskiej ewidencji zabytków. Jakieś 20 lat za późno. Teren obecnie wygląda jak jakieś pobojowisko. Szkoda, bo obecnie mógłby być kolejną atrakcją miasta.SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

To by było na tyle, pozdrowienia dla wszystkich miłośników lokalnej historii.

Smog i inne maszkary.

Jako że jest to pierwszy wpis w tym roku to przy okazji chciałbym czytelnikom i przyjaciołom złożyć serdeczne życzenia zdrowia, pomyślności i spokoju w rozpoczętym roku.

A skoro był Nowy Rok to musi być zima. No i w końcu, po chyba trzech latach przerwy nawiedziła nas prawdziwa, piękna polska zima. Śnieg sypie, trzyma przyjemny mrozik (czasem trochę mniej przyjemny ale tylko chwilowo) i nawet jakieś dzieciaki odkleiły się od ekranów i wyszły pojeździć na sankach. Na tych, którzy wyszli z domów czy to poszaleć na śniegu czy też po prostu pospacerować i pooddychać rześkim, zdrowym powietrzem i oddalili się kawałek od domów czeka jeszcze jedna nagroda. Malowniczy widok zaśnieżonych dachów i kominów z których unosi się dym przywodzący na myśl ciepło domowej kuchni i zapach gorącej herbaty z sokiem malinowym. Ten właśnie dym stał się ostatnio swoistym bohaterem mediów. W połączeniu z niskim ciśnieniem i bezwietrzną pogodą stał się dla niektórych rewelacyjnym prezentem. Owy dym przybrał postać potwora, który swoim brzuszyskiem przykrył jawne łamanie prawa przez „totalną opozycję”, totalną kompromitację tej właśnie „totalnej opozycji” oraz wkroczenie do kraju nowych okupantów. Ludzie z mediów dostrzegli potwora i jeden przez drugiego zaczęli krzyczeć: „SMOG!! SMOG!! ZAGŁADA!! APOKALIPSA!! RATUJ SIĘ KTO MOŻE!! SMOG!!” Polskojęzyczne zagraniczne serwisy prześcigały się w relacjach o ile w poszczególnych miastach zostały przekroczone dopuszczalne normy a poważnie wyglądający eksperci przekonywali że Polska jest strasznym brudasem i że oddychamy najgorszym powietrzem w Unii. Psychoza była wśród ludzi tak wielka, że niektórzy zaczęli tego strasznego potwora dopatrywać się na wsiach a nawet w lasach.

Na szczęście niebezpieczeństwo minęło. Więc czas się chwilę zastanowić nad tym zjawiskiem. Czym sobie zasłużyliśmy na taką straszliwą karę? Skąd wziął się SMOG?? Oczywiście z zanieczyszczeń. Skąd te zanieczyszczenia? Oczywiście z fabryk. Ale chwila. Przecież my już prawie nie mamy fabryk, a te które są mają na kominach filtry spełniające wszelkie unijne wymagania. No to oczywiście samochody trują. Ale tu znowu coś jest nie tak. Przecież wszystkie samochody benzynowe posiadają katalizatory (kto widział ostatnio „Malucha”, dużego Fiata albo Poloneza łapka w górę), a i dużo jest aut na gaz, które nie trują. Auta z silnikami diesla mają filtry DPF i pochodne, a te stosowane w transporcie towarowym i osobowym spełniają normy Euro ileśtam, więc ten odsetek starych osobowych dymiących diesli to jakiś ułamek. Kolejna przyczyna: spalanie w piecach śmieci i węgla. Ze spalaniem śmieci się zgodzę i jeśli coś takiego się zdarza od razu powiadamiajmy straż pożarną. Jednak to są jakieś pojedyncze przypadki. Coraz więcej osób też przekonuje się do spalania ekologicznego węgla, czego efektem jest obłoczek pary wodnej wydostającej się z komina. No i nie ma co ukrywać, że są miejsca gdzie nie ma możliwości podłączenia ogrzewania systemowego czy gazowego, czyli na wsiach. Ale smog przecież występuje w miastach, więc to też odpada. Wychodzi więc na to, że jakoś nie specjalnie na siebie ściągamy uwagę tego potwora, a porównując stan zanieczyszczenia powietrza sprzed ostatnich np 10 lat to widać oczywistą poprawę. Czy to nie jest przypadkiem tak, że przy jednoczesnym wystąpieniu pewnych czynników atmosferycznych na które nie mamy wpływu smog po prostu będzie występować czy nam się to podoba czy nie. Czy przypadkiem jednym z tych czynników nie jest wiatr z zachodu, który niesie zanieczyszczenia znad Niemiec, które spalają ponad połowę węgla zużywanego rocznie przez całą Unię? Czy nie lepiej poświęcić uwagę i środki na zadbanie o coś co o wiele bardziej wpływa na bezpieczeństwo setek tysięcy ludzi każdego dnia? A dokładniej o utrzymanie zimowe dróg.

Sytuacja z dzisiaj, czyli 14.01.2017 (zima gości u nas od ok 2 tygodni): parę minut po 7 rano. Jadę drogą z Karpacza do Jeleniej Góry, droga lekko przysypana śniegiem. Nie dziwi mnie to wcale, w końcu mamy środek nocy. Przed samym miastem zjeżdżam z „głównej” i znikam gdzieś w czeluściach czasoprzestrzeni. Wracam koło 9:30 i kieruję się do miasta. Przypomnę, że jest to główna droga wylotowa z Jeleniej Góry w kierunku „kurortu” jakim jest Karpacz a zaczęły się ferie zimowe. To co przed ponad 2 godzinami było śniegiem zamieniło się w lód. Na ulicy lodowisko. Myślę: pewnie najpierw miasto ogarniają ze śniegu. Ale tu kolejne zaskoczenie. Posypana raptem jedna ulica. Mrozu raptem 4-5 stopni, żadnych większych opadów. Załatwiam co mam załatwić i wracam do domu. Znowu „czarny lód”. Do samego Karpacza ani śladu pługu czy piaskarki. A południe się zbliża.

Już w domu zacząłem się zastanawiać czy przeszedł jakiś kataklizm i promieniowanie kosmiczne unieruchomiło wszystkie pojazdy do odśnieżania. Przecież jeszcze kilka lat temu sytuacja była zupełnie inna. Okazało się że nie. Że teoretycznie wszystko jest w porządku. Tzn według przepisów. Otóż odpowiednie służby mają ileśtam godzin (w zależności od kategorii drogi) na usunięcie śniegu od momentu ustania opadów śniegu. Czyli teoretycznie jeśli będzie sobie prószyć przez tydzień to przez tydzień nikt nie wyjedzie odśnieżać. Czego sam dzisiaj byłem świadkiem, bo przez cały dzień po mojej ulicy nie przejechał ani razu pług. A dodać należy, że te opady, które mieliśmy w tym roku to „pikuś”. Zdarzały się noce, w czasie których potrafiło nasypać po 40-50cm. Widocznie ludzie ustalający te przepisy są przekonani, że kiedy zaczyna padać wszyscy chowają się po domach i grzecznie czekają aż opady się skończą. Jest jeszcze jedna sprawa a mianowicie o wiele łatwiej jest odśnieżać regularnie i częściej niż czekać aż nasypie tyle, że pługi ugrzęzną. Niestety jest to kolejny przykład tego, że nie wszystkim przyświeca dobro obywateli. Jest to przepis tak samo pozbawiony sensu jak ten, który nakazuje właścicielom lub administratorom budynków utrzymywanie zimą chodników. Niby na jakiej podstawie tak się robi? Jest to zwyczajne zrzucanie odpowiedzialności i obowiązków na obywateli. A co jeśli w danym miejscu mieszkają starsi ludzie? Babcia z dziadkiem mają narażać swoje zdrowie bo ktoś sobie tak wymyślił? Czy nie lepiej byłoby nakazać odśnieżanie chodników tej całej armii bezrobotnych pobierających co miesiąc zasiłki? Chciałbym zauważyć jeszcze jedno. Skoro mamy odśnieżać chodnik to mamy do niego jakieś prawo. W takim razie spróbujcie ustawić na chodniku jakąś tablicę z ogłoszeniem albo np. stragan i sprzedawać lemoniadę. To będzie moment a pojawi się jakiś urzędnik który stwierdzi że chodnik nie jest Waszą własnością a na ustawienie na nim czegokolwiek musicie mieć zgodę za którą trzeba wydeptać ścieżkę po urzędach.

Jak widać przepisy w naszym kraju pełne są absurdów. Więc do życzeń na ten rok dołączam jeszcze jak najmniej spotkań z nimi.

Swobody i wolności obywatelskie

Przedstawienie pewnego problemu w tym kraju zacząłem od tekstu o nagonce na poszukiwaczy. Jeśli ktoś się dobrze wczytał to zauważył, że tu nie jest problem jedynie z poszukiwaczami, że nam się czegoś zabrania. Problem jest ze świadomością ludzi. Można powiedzieć pół żartem, że to już stan umysłu. Niestety jest to raczej wisielczy humor. Trzeba to powiedzieć wprost. Jako społeczeństwo obywatelskie jesteśmy na kolanach. Jesteśmy na kolanach z pochyloną posłusznie głową i przyzwoleniem na wszystko. Ludzie uciskani w czasie PRLu zachłysnęli się demokracją. Niektórzy szybko zrozumieli, że nic na lepsze się nie zmieni, a wręcz będzie jeszcze gorzej. Polaków tak uciskano, że w końcu przestawiono im pojęcia w głowach. Od pewnego momentu ludzie zaczęli myśleć według schematu: „Państwo to Rząd, Kraj to Rząd, Skarb Państwa to Rząd i cała armia zbędnych urzędników od Warszawy po lokalne samorządy.” Otóż nie moi mili. Takie twierdzenie jest błędem. Szerzenie takiego rozumowania jest tłamszeniem Obywateli. Człowiek myślący w ten sposób nie dość że przestaje czuć więź z jego Ojczyzną to jeszcze daje przyzwolenie na traktowanie się jak worka pieniędzy i siły roboczej, z którego rządzący mogą ciągnąć ile się da. Od razu chciałbym uprzedzić jakieś pytania czy komentarze: nie chodzi mi o obecny Rząd, ani poprzedni. Chodzi o te 70 lat nieprzerwanej okupacji i obracania w ruinę tego co budowały pokolenia Polaków na długo przed II wojną światową. Żeby zobrazować o co mi chodzi opiszę pewną hipotetyczną sytuację.

Po jednym z ostatnich wpisów ktoś zapytał mnie jak tak można bez zgody wchodzić do Państwowego lasu, czy na łąkę? Otóż ja się pytam: co mówi 1 art naszej Konstytucji? Cytuję: „Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.” Czyli wszystko to co należy do Skarbu Państwa jest po trochę moje, Twoje, Jego czy Jej. Każdy ma prawo z tego korzystać, pod warunkiem, że tego nie zepsuje, czyli uniemożliwi korzystania innym. Grzybiarz może iść do lasu i zbierać grzyby, zielarz może szukać ziół, a ja np mogę iść na łąkę i szukać „amelinowego” krowiego kolczyka pod warunkiem, że ktoś po mnie będzie mógł w to samo miejsce przyjść z kocykiem i zrobić sobie piknik. Ludzie mówią: „ten las należy do Nadleśnictwa, a ta łąka należy do ANR”. Błąd! „Tym lasem zarządza Nadleśnictwo, a łąką zarządza ANR”. Zarządzają w Naszym wspólnym imieniu. Są to urzędnicy, zatrudnieni przez każdego z Nas, dostają wypłaty z Naszych podatków i mają dbać o to, żeby ten skrawek terenu nie tracił na wartości. Rząd to są ludzie wybrani przez Nas, do zarządzania tą firmą jaką jest Polska. Powinni dostać średnią krajową, zapłacić za siebie ZUS, odprowadzić podatek dochodowy taki jak każdy, a na zakończenie rozliczyć się z każdej jednej złotówki. Jeśli coś spieprzyli to powinni odpowiadać jak każdy przedsiębiorca, swoim własnym majątkiem. W tej chwili w Kraju mamy taką sytuację, że taki szary Obywatel jak ma coś załatwić to raz że nie wie za bardzo co i jak (bo prawo jest niejasne i często przeczy samo sobie) a dwa że idąc do tej czy innej instytucji czuje się jak intruz (może już nie wszędzie, ale mimo wszystko za często). A to jest efekt zgwałconej świadomości. Obywatel powinien mieć świadomość tego, że utrzymuje tą całą armię urzędników. A urzędnik powinien wiedzieć, że to dzięki moim i Twoim podatkom może siedzieć w klimatyzowanym pomieszczeniu, popijać kawkę, jeździć służbowym autem i rozmawiać przez służbowy telefon. Policjant jest od tego, żeby pilnować naszego bezpieczeństwa a nie wymyślać na nas paragrafy. W sądzie to nie my mamy się tłumaczyć, to sąd ma nam udowodnić winę, w końcu ciągle obowiązuje zasada domniemanej niewinności. Ludzie o tym nie pamiętają. Tak jak nie pamiętają, że mają prawo do obrony siebie i swojej rodziny na swojej ziemi (za którą pobieranie podatku to rozbój). To prowadzi do takich patologii, jak ta, że rolnik nie może trzymać trzody na własny użytek. Każda sztuka musi być zakolczykowana. Przecież to jest chore. Rolnik ma prawo do uprawiania ziemi, zbierania jej płodów, hodowli zwierząt. Ma robić to patrząc na swój zysk. Więc jeśli będzie widział w tym zysk to może sprzedać do skupu. Jeśli stwierdzi, że bardziej mu się opłaca sprzedać to sąsiadom to takie jego prawo. Niech sprzedaje. Jeśli stwierdzi że woli daną świnkę czy krówkę przerobić na kaszankę to ma takie prawo. Ma prawo to zrobić i ma prawo to sprzedać. I nie musi przedtem chodzić od urzędu do urzędu i załatwiać zgody, pozwolenia, normy, hacapy czy inne sanepidy. To klient sam zweryfikuje czy dany produkt jest dobry czy zły. I to klient oceni uczciwość tego rolnika. Tabun urzędników jest do tego niepotrzebny. Taka jest prawda. W każdej dziedzinie naszego życia w tym Kraju jesteśmy dociskani przez śrubę systemu. Często nie zdają sobie sprawy, że to co się dzieje to jest zamach na naszą wolność i niezależność. Dochodzi do tego, że ludzie są zakręceni, że jak nie czują nad sobą bata to nie potrafią żyć. Pisał o tym ostatnio Wojtek tutaj. Nie dajmy się wpędzić w taki stan, że będziemy usprawiedliwiać naszych oprawców. Pamiętajmy o tym, że każdy z nas ma swoje prawa. Że to Rząd jest dla Nas a nie My dla Rządu. Przestańmy w końcu być jak ci murzyni z Afryki i zacznijmy w końcu żyć jak wolni ludzie w demokratycznym kraju. Ale nie w takiej demokracji robionej przez Bolka i Balcerka. W demokracji tworzonej przez nas i dla nas.

Cieszy mnie bardzo to, że coraz więcej ludzi zauważa ten problem. Widzą i wiedzą jak Naród jest poniewierany. Tylko jeszcze nam wszystkim brakuje impulsu do tego, żeby głośno domagać się swoich praw. Mam nadzieję, że Naród w końcu w całości zauważy i doceni swoją wartość i z dumą się wyprostuje i powie „dość”, a Krajem w końcu zaczną rządzić ludzie, którym na sercu będzie leżało dobro całego Narodu, a nie ich prywatne interesy.

Pozdrawiam.

PS. http://forum.wykopaliska.org/

PSS. To jak przeczytałem to mało ze stołka nie spadłem: http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,kontrowersyjna-zolc-na-mokotowie-oceni-ja-nadzor-budowlany,218899.html

Grupa mieszkańców się dogadała i postanowiła odmalować szary i brudny blok. Wybrali kolor jaki wybrali. To jest źle, bo jest kontrastowy z resztą. No zawsze nowa elewacja będzie kontrastem dla szarych, brudnych i obdrapanych budynków. A magistrat co? Zamiast ludziom podziękować to się zastanawia czy mieli swój własny dom pomalować. Już nie wnikam w to czy to robiła spółdzielnia czy sami mieszkańcy, czy fachowo czy na odpiernicz. Ale zrobili. Chciało im się, wydali pieniądze. A co jeszcze możemy tam wycztać: „Zasadniczo administracja architektoniczno-budowlana nie ma możliwości wpłynięcia na kolor realizowanego remontu elewacji. Może to zrobić konserwator zabytków w sytuacji, gdy budynek znajduje się w rejestrze zabytków, a tu nie mamy z taką sytuacją do czynienia”. Amen. Budynek nie jest zabytkiem więc konserwator nie może nawet go palcem dotknąć. Ale kilka linijek niżej, ta sama osoba mówi tak: „I kolejny, że wspólnota mieszkaniowa miała obowiązek uzyskania na swoje prace zaleceń od konserwatora zabytków.
– Wspólnota wystąpiła wprawdzie do stołecznego Konserwatora Zabytków o wytyczne, ale ich chyba nie uwzględniła…”

To budynek jest zabytkiem czy nie jest? Bo ja już nie jestem pewien. Skoro budynek nie jest to po co występować do konserwatora skoro on nie może wydać żadnej decyzji czy zaleceń odnośnie tego budynku? A ludzie nie uwzględnili jego zaleceń i słusznie. Polska kwadratura koła…