Swobody i wolności obywatelskie

Przedstawienie pewnego problemu w tym kraju zacząłem od tekstu o nagonce na poszukiwaczy. Jeśli ktoś się dobrze wczytał to zauważył, że tu nie jest problem jedynie z poszukiwaczami, że nam się czegoś zabrania. Problem jest ze świadomością ludzi. Można powiedzieć pół żartem, że to już stan umysłu. Niestety jest to raczej wisielczy humor. Trzeba to powiedzieć wprost. Jako społeczeństwo obywatelskie jesteśmy na kolanach. Jesteśmy na kolanach z pochyloną posłusznie głową i przyzwoleniem na wszystko. Ludzie uciskani w czasie PRLu zachłysnęli się demokracją. Niektórzy szybko zrozumieli, że nic na lepsze się nie zmieni, a wręcz będzie jeszcze gorzej. Polaków tak uciskano, że w końcu przestawiono im pojęcia w głowach. Od pewnego momentu ludzie zaczęli myśleć według schematu: „Państwo to Rząd, Kraj to Rząd, Skarb Państwa to Rząd i cała armia zbędnych urzędników od Warszawy po lokalne samorządy.” Otóż nie moi mili. Takie twierdzenie jest błędem. Szerzenie takiego rozumowania jest tłamszeniem Obywateli. Człowiek myślący w ten sposób nie dość że przestaje czuć więź z jego Ojczyzną to jeszcze daje przyzwolenie na traktowanie się jak worka pieniędzy i siły roboczej, z którego rządzący mogą ciągnąć ile się da. Od razu chciałbym uprzedzić jakieś pytania czy komentarze: nie chodzi mi o obecny Rząd, ani poprzedni. Chodzi o te 70 lat nieprzerwanej okupacji i obracania w ruinę tego co budowały pokolenia Polaków na długo przed II wojną światową. Żeby zobrazować o co mi chodzi opiszę pewną hipotetyczną sytuację.

Po jednym z ostatnich wpisów ktoś zapytał mnie jak tak można bez zgody wchodzić do Państwowego lasu, czy na łąkę? Otóż ja się pytam: co mówi 1 art naszej Konstytucji? Cytuję: „Rzeczpospolita Polska jest dobrem wspólnym wszystkich obywateli.” Czyli wszystko to co należy do Skarbu Państwa jest po trochę moje, Twoje, Jego czy Jej. Każdy ma prawo z tego korzystać, pod warunkiem, że tego nie zepsuje, czyli uniemożliwi korzystania innym. Grzybiarz może iść do lasu i zbierać grzyby, zielarz może szukać ziół, a ja np mogę iść na łąkę i szukać „amelinowego” krowiego kolczyka pod warunkiem, że ktoś po mnie będzie mógł w to samo miejsce przyjść z kocykiem i zrobić sobie piknik. Ludzie mówią: „ten las należy do Nadleśnictwa, a ta łąka należy do ANR”. Błąd! „Tym lasem zarządza Nadleśnictwo, a łąką zarządza ANR”. Zarządzają w Naszym wspólnym imieniu. Są to urzędnicy, zatrudnieni przez każdego z Nas, dostają wypłaty z Naszych podatków i mają dbać o to, żeby ten skrawek terenu nie tracił na wartości. Rząd to są ludzie wybrani przez Nas, do zarządzania tą firmą jaką jest Polska. Powinni dostać średnią krajową, zapłacić za siebie ZUS, odprowadzić podatek dochodowy taki jak każdy, a na zakończenie rozliczyć się z każdej jednej złotówki. Jeśli coś spieprzyli to powinni odpowiadać jak każdy przedsiębiorca, swoim własnym majątkiem. W tej chwili w Kraju mamy taką sytuację, że taki szary Obywatel jak ma coś załatwić to raz że nie wie za bardzo co i jak (bo prawo jest niejasne i często przeczy samo sobie) a dwa że idąc do tej czy innej instytucji czuje się jak intruz (może już nie wszędzie, ale mimo wszystko za często). A to jest efekt zgwałconej świadomości. Obywatel powinien mieć świadomość tego, że utrzymuje tą całą armię urzędników. A urzędnik powinien wiedzieć, że to dzięki moim i Twoim podatkom może siedzieć w klimatyzowanym pomieszczeniu, popijać kawkę, jeździć służbowym autem i rozmawiać przez służbowy telefon. Policjant jest od tego, żeby pilnować naszego bezpieczeństwa a nie wymyślać na nas paragrafy. W sądzie to nie my mamy się tłumaczyć, to sąd ma nam udowodnić winę, w końcu ciągle obowiązuje zasada domniemanej niewinności. Ludzie o tym nie pamiętają. Tak jak nie pamiętają, że mają prawo do obrony siebie i swojej rodziny na swojej ziemi (za którą pobieranie podatku to rozbój). To prowadzi do takich patologii, jak ta, że rolnik nie może trzymać trzody na własny użytek. Każda sztuka musi być zakolczykowana. Przecież to jest chore. Rolnik ma prawo do uprawiania ziemi, zbierania jej płodów, hodowli zwierząt. Ma robić to patrząc na swój zysk. Więc jeśli będzie widział w tym zysk to może sprzedać do skupu. Jeśli stwierdzi, że bardziej mu się opłaca sprzedać to sąsiadom to takie jego prawo. Niech sprzedaje. Jeśli stwierdzi że woli daną świnkę czy krówkę przerobić na kaszankę to ma takie prawo. Ma prawo to zrobić i ma prawo to sprzedać. I nie musi przedtem chodzić od urzędu do urzędu i załatwiać zgody, pozwolenia, normy, hacapy czy inne sanepidy. To klient sam zweryfikuje czy dany produkt jest dobry czy zły. I to klient oceni uczciwość tego rolnika. Tabun urzędników jest do tego niepotrzebny. Taka jest prawda. W każdej dziedzinie naszego życia w tym Kraju jesteśmy dociskani przez śrubę systemu. Często nie zdają sobie sprawy, że to co się dzieje to jest zamach na naszą wolność i niezależność. Dochodzi do tego, że ludzie są zakręceni, że jak nie czują nad sobą bata to nie potrafią żyć. Pisał o tym ostatnio Wojtek tutaj. Nie dajmy się wpędzić w taki stan, że będziemy usprawiedliwiać naszych oprawców. Pamiętajmy o tym, że każdy z nas ma swoje prawa. Że to Rząd jest dla Nas a nie My dla Rządu. Przestańmy w końcu być jak ci murzyni z Afryki i zacznijmy w końcu żyć jak wolni ludzie w demokratycznym kraju. Ale nie w takiej demokracji robionej przez Bolka i Balcerka. W demokracji tworzonej przez nas i dla nas.

Cieszy mnie bardzo to, że coraz więcej ludzi zauważa ten problem. Widzą i wiedzą jak Naród jest poniewierany. Tylko jeszcze nam wszystkim brakuje impulsu do tego, żeby głośno domagać się swoich praw. Mam nadzieję, że Naród w końcu w całości zauważy i doceni swoją wartość i z dumą się wyprostuje i powie „dość”, a Krajem w końcu zaczną rządzić ludzie, którym na sercu będzie leżało dobro całego Narodu, a nie ich prywatne interesy.

Pozdrawiam.

PS. http://forum.wykopaliska.org/

PSS. To jak przeczytałem to mało ze stołka nie spadłem: http://tvnwarszawa.tvn24.pl/informacje,news,kontrowersyjna-zolc-na-mokotowie-oceni-ja-nadzor-budowlany,218899.html

Grupa mieszkańców się dogadała i postanowiła odmalować szary i brudny blok. Wybrali kolor jaki wybrali. To jest źle, bo jest kontrastowy z resztą. No zawsze nowa elewacja będzie kontrastem dla szarych, brudnych i obdrapanych budynków. A magistrat co? Zamiast ludziom podziękować to się zastanawia czy mieli swój własny dom pomalować. Już nie wnikam w to czy to robiła spółdzielnia czy sami mieszkańcy, czy fachowo czy na odpiernicz. Ale zrobili. Chciało im się, wydali pieniądze. A co jeszcze możemy tam wycztać: „Zasadniczo administracja architektoniczno-budowlana nie ma możliwości wpłynięcia na kolor realizowanego remontu elewacji. Może to zrobić konserwator zabytków w sytuacji, gdy budynek znajduje się w rejestrze zabytków, a tu nie mamy z taką sytuacją do czynienia”. Amen. Budynek nie jest zabytkiem więc konserwator nie może nawet go palcem dotknąć. Ale kilka linijek niżej, ta sama osoba mówi tak: „I kolejny, że wspólnota mieszkaniowa miała obowiązek uzyskania na swoje prace zaleceń od konserwatora zabytków.
– Wspólnota wystąpiła wprawdzie do stołecznego Konserwatora Zabytków o wytyczne, ale ich chyba nie uwzględniła…”

To budynek jest zabytkiem czy nie jest? Bo ja już nie jestem pewien. Skoro budynek nie jest to po co występować do konserwatora skoro on nie może wydać żadnej decyzji czy zaleceń odnośnie tego budynku? A ludzie nie uwzględnili jego zaleceń i słusznie. Polska kwadratura koła…

Kodeks poszukiwacza

W poprzednim (Nagonka na poszukiwaczy) wpisie naświetliłem pewne zjawisko, które dotyczy części społeczeństwa jaką są poszukiwacze. Wasza reakcja, jako czytelników była rewelacyjna i w tym miejscu chciałbym bardzo podziękować za wszelkie komentarze i przekazanie artykułu dalej. W kilku komentarzach pojawiły się propozycje rozwinięcia pewnych wątków.

W tym wpisie chciałbym napisać o kodeksie poszukiwacza. Pewnie każdy z Was, którzy kopiecie się z nim zapoznał bądź o nim słyszał. Ale ci którzy zbyt wiele o nas nie wiedzą mogą nie być świadomi tego, że grupa tak oczerniana przez media postępuje wobec tak prostego, przejrzystego i zdroworozsądkowego „regulaminu”. Który na dokładkę zawiera się w dosłownie kilku zdaniach. Teraz będzie kolejna prośba o udostępnianie. Bo wiem, że dość spore zainteresowanie było poprzednim wpisem wśród ludzi nas nieznających. Dlatego udostępniajcie dalej. Niech tekst dotrze do jak największej liczby ludzi, którzy mogą być nam przychylni.

Jak wspominałem w poprzednim artykule kodeks nasz jest niepisany. Dlaczego? A no dlatego, że wynika on z prostych, zdroworozsądkowych zasad poszanowania cudzej własności. Poza tym, niektórzy sami dla siebie dodają jakieś dodatkowe zasady. Jednak najważniejsze z nich to:

1. Kopiemy tylko za zgodą właściciela bądź zarządcy trenu, jeśli jest on możliwy do ustalenia. W praktyce wygląda to tak, że jeżeli chcemy kopać na łąkach i polach wokół swojej miejscowości to znamy ich właścicieli, więc nie problem zapytać. Jeśli jedziemy gdzieś w obcy teren to można podpytać w najbliższych zabudowaniach o właściciela. Natomiast jeśli w pobliżu nikogo nie widać to wchodzimy na pole lub łąkę. Być może właściciel w międzyczasie się pojawi. Tutaj może się zdarzyć sytuacja, że właściciel nas po prostu przegoni. Nie ma się co wtedy wdawać w dyskusje i cwaniakować. Należy uszanować jego wolę.
W przypadku lasów, które nie są rezerwatami itp, mamy takie samo prawo do korzystania z nich jak grzybiarze, zielarze itd.

2. Można kopać na polach tylko nieobsianych. Jest to logiczne i chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć dlaczego. Tak tylko dla formalności dodam, że na pole wolno nam wejść zaraz po żniwach na ściernisko oraz na pole przeorane.

3. Zakopujemy po sobie dołki. To jest jeden z głównych powodów złości rolników. Że po przejściu 2-3 poszukiwaczy pole lub łąka pokryte są kraterami. Zasypanie dołka to kilka sekund, a praktycznie nie pozostaje po nas ślad. Warto zwrócić uwagę na jedną rzecz. Na polu zaoranym starajmy się wrzucić na dno dołka to co było na jego dnie. Jeśli tego nie zrobimy, może się okazać, że popsuliśmy rolnikowi robotę.

4. Nie śmiecimy. Niby oczywiste. Ale dla przypomnienia: czego w terenie nie było przed Twoim przyjściem niech nie będzie po Twoim odejściu.

5. Nie kopiemy na terenie stanowisk archeologicznych. Teren stanowiska jest prawnie chroniony. Nasza ingerencja może zniszczyć kontekst i przemieszać warstwy ziemi. Niektóre stanowiska otoczone są strefą obserwacji do której też lepiej się nie zbliżać.

6. Nie kopiemy na terenie cmentarzy i nie rozkopujemy mogił. Sprawa oczywista. Zdarzyć się może jednak, że gdzieś na obrzeżach jakiegoś miasteczka na skraju lasu trafimy na dziwnie wyglądającą polankę. W miasteczkach, szczególnie na Dolnym Śląsku obok siebie funkcjonowały kościoły katolicki i ewangelicki. Oba miały swoje cmentarze. Często był też osobny cmentarz dla mieszkańców miejscowości poległych w wojnach. Lub oddzielny cmentarz dla ofiar jakiejś zarazy. Ich istnienie kończyło się wraz z końcem drugiej wojny światowej. Teren taki ma charakterystyczne cechy, ale nie będę tego dokładniej opisywał bo będzie za długo. Jedno jest jasne. Tam nie kopiemy. Nic tam się wyjątkowego nie znajdzie, a ziemi uświęconej lepiej nie ruszać. Niech te dusze sobie spoczywają w spokoju.

7. Nie zabieramy rzeczy potencjalnie niebezpiecznych. Tj. pełnych pocisków każdego kalibru. Pustych łusek z niezbitymi spłonkami. Jeśli znajdziemy pocisk większego kalibru pod żadnym pozorem nie ma co przy nim majstrować. Jego znalezienie lepiej zgłosić

8. Wszelkie znaleziska, które wydają nam się ważne ze względów historycznych zgłaszamy do muzeum lub urzędu konserwatorskiego. Zaraz poleci w moją stronę fala krytyki. Bo jak można sobie na głowę ściągać afery, policję itd. Ten punkt powinien obowiązywać jeśli prawo byłoby skonstruowane w ludzki sposób. Tzn znajdujemy jakąś dziwną monetkę lub jakąś ozdobę. Zgłaszamy do muzeum razem z lokalizacją. Oczywiście nie lecimy do muzeum z każdą „boratynką” lub innym „Fenningiem” bo nas tam pustym śmiechem zabiją ;) Archeolog po otrzymaniu informacji jedzie na miejsce i tam bada tzw. kontekst. Po jego określeniu albo uznaje, że przedmiot można zwrócić znalazcy, albo że należy założyć stanowisko archeologiczne. Tak to powinno wyglądać w teorii. Jak jest wszyscy wiemy. Dlatego chcąc być w zgodzie z prawem i własnym sumieniem w ostatnim roku pojawiła się seria odkryć dokonanych „po ulewnych deszczach”, podczas grzybobrania lub po bronowaniu pola. Przykre. Tyczy się to również punktu wcześniejszego.

To są chyba wszystkie podstawowe zasady. Jak wspomniałem niektórzy dokładają sobie jakieś dodatkowe.
Jak widać są one bardzo proste i przejrzyste. Przyjąć można, że 99% środowiska ich przestrzega. Ten pozostały procent szybko jest ze środowiska usuwany bądź piętnowany.

Mam nadzieję, że tym niezbyt długim tekstem przekonałem tych, którzy do tej pory znali nas jako barbarzyńców i hieny cmentarne do tego, że naszym podstawowym założeniem jest spełnianie się w swojej pasji, które skutkować może sporymi plusami dla lokalnej, i nie tylko społeczności, a osobom związanym ze środowiskiem archeologicznym, że nasze intencje są szczere.

W razie wątpliwości, pytań, sugestii po prostu piszcie, komentujcie.

Darz dół!!

 

Nagonka na poszukiwaczy

Jakoś tak teraz planowałem podsumować mijający rok jeśli chodzi o moje i znajomych wypady z wykrywką, ale okazało się że w ciągu dosłownie kilku tygodni sytuacja w naszym środowisku (a w zasadzie dookoła niego) stała się mocno napięta, delikatnie mówiąc.

Jak kilka lat temu zaczynałem swoją przygodę z wykrywaczem znałem oczywiście przepisy pośrednio nas dotyczące. Znałem też dokładnie kodeks poszukiwacza, bo choć niepisany to takowy istnieje. Wiadomo było już wtedy, że przepisy w kraju mamy takie jakie mamy, są one nie do końca jasne, ale jeśli ktoś nie kopał na stanowisku archeo to nikt problemów nie robił. Niektórym też nie pasowało to, że znaleziska trzeba oddać do muzeum nie dostając w zamian nic. Ja to rozumiem, z drugiej strony mam świadomość, że Kraj mamy biedny, w końcu od 1939 bez przerwy pod okupacją. Poza tym należy przyznać, że jakiś mały procent, czy nawet promil znalezisk ma tak wielkie znaczenie dla Historii, że bez względu na wartość materialną, że powinny zostać przekazane do odpowiedniego muzeum by były świadectwem Historii dla innych ludzi. Jeszcze inną kwestią jest to, że muzea w ogóle nie są zainteresowane większością tego co kopiemy. Pamiętam taką sytuację jak parę lat temu na jednym forum ludzie na wyścigi chwalili się kwitami poświadczającymi że dane muzeum nie jest zainteresowane znaleziskiem w jakikolwiek sposób. Bo i które muzeum chciałoby trzymać wiadra pełne łusek od mauserów, mosinów, monet z ostatnich 200 lat czy innych obrączek po gołębiach czy krowich kolczyków. Zakrętek od wódki nie wspominając.
Czyli sytuacja była dość klarowna. Było pole, upewnialiśmy się że nie ma na nim stanowiska acheo, pytaliśmy o zgodę właściciela, po jej otrzymaniu kopaliśmy sobie spokojnie przestrzegając kilku prostych zasad.

Natomiast to co się dzieje w ostatnim czasie jest czymś… W sumie nie wiadomo jak to nazwać. Nie wiadomo czy się śmiać czy płakać. W sumie śmiać się nie ma z czego bo zaczyna to przypominać lata 60-70 ubiegłego wieku. Z poszukiwaczy próbuje się zrobić przestępców na dwa sposoby. Po pierwsze wypycha się przy różnych okazjach siwych profesorów, co to przed kamerami i dyktafonami prasy grzmią na lewo i prawo, „że stanowiska archeo są plądrowane, mogiły rozkopywane tylko po to by wydobyć złote pierścionki i sprzedać za granicę. Bo poszukiwacze to złodzieje. A do tego bandyci bo zbierają zardzewiałą broń.” Do tego dowiadujemy się, „że historia tworzy się ciągle wokół nas i wszystko co w ziemi leży jest tego dowodem.” Czyli nie możemy wykopać marchewki ze swojego ogródka bez zgody konserwatora. Logiczne. Drugi sposób na to by nas zastraszyć i zepchnąć na margines to pojawiające się regularnie doniesienia o zatrzymaniu kolejnego poszukiwacza, który gromadził w domu zabytki ruchome, amunicję czy inne „podejrzane rzeczy”. Oczywiście takie zatrzymania odbywają się z oprawą godną co najmniej szajki kradnącej samochody. Jest wtargnięcie o 6 rano do mieszkania, przeszukania, konfiskaty sprzętu, znalezisk i straszenie latami odsiadki. Oczywiście za pół roku nikt z takim samym rwetesem nie opisze tego, że domniemane zabytki okazały się popularnymi monetami lub zardzewiałymi sprzączkami od paska, amunicja to w rzeczywistości garść pustych łusek. Nikt nie napisze że cała sprawa była pomyłką, nikt nie powie przepraszam.

A prawda jest taka, że każdy z nas może sobie chodzić po lesie, łące czy polu i szukać bo to wszystko co nie ma swojego właściciela określonego z imienia i nazwiska jest po prostu nasze. A skoro jest nasze to możemy chodzić i szukać monet, złomu czy meteorytów, ale oczywiście nie niszczyć. Zasypywać dołki po sobie. Mamy takie samo prawo do wykonywania naszej pasji jak grzybiarze do zbierania grzybów. A trzeba zwrócić uwagę, że to co robimy to nie jest bezmyślne kopanie i upychanie po szafkach znalezisk. Każde ma swoją Historię. Każde jest czyszczone, identyfikowane i konserwowane. Dzięki temu raz że poznajemy Historię ziem na których mieszkamy, dwa że zabezpieczamy te nasze „eksponaty” przed zniszczeniem. Gdyby nie my, to 95% z tego co wydobyliśmy do tej pory leżałoby w ziemi i rozpuszczało się pod wpływem chemii z nawozów… Poświęcamy ogrom swojego czasu, pieniądze by wyrwać ziemi tą cząstkę Historii, która jest dopiero początkiem jej poznawania. Być może ta Historia też jest przyczyną tego w jaki sposób jesteśmy traktowani, ale o tym może w komentarzach żeby nie przedłużać. W każdym razie tym co robimy na pewno nadrabiamy z nawiązką tą zniszczoną ściółkę w lesie.

Dlatego nie dajmy się zastraszyć i zepchnąć na margines społeczeństwa. Swoją działalnością nie dość, że nikomu nie szkodzimy to jeszcze wnosimy swój wkład w poznawanie Historii. Dlatego domagajmy się prawnego zapewnienia legalności tego co robimy. Jednocześnie nagłaśniajmy tą niesprawiedliwość z jaką się nas traktuje. Ktoś napisał że jest nas w kraju ok 100 tyś. Pokuszę się o stwierdzenie że co najmniej 150 tyś. Jest nas więc sporo. Niech ludzie dowiedzą się, że nie dość że nie jesteśmy jakimiś bandytami to do tego jesteśmy traktowani jak zwierzyna łowna. Bo to w końcu nie my jesteśmy dla władzy, ale władza dla nas.

Jeśli macie podobne zdanie to udostępniajcie ten wpis, lub piszcie swoje. Tak aby po naszym Kraju przeszła głośna fala naszego niezadowolenia. Ten wpis z resztą jest odpowiedzią na podobny apel Okiego z Sowiogórskiego Olbrzyma, który jest jak najbardziej słuszny.

Darz dół!!

Czego nie ma w pociągu.

Cały świat z zapartym tchem patrzy w kierunku Wałbrzycha, bo tam rozpoczęły się prace mające na celu dotarcie do „Złotego Pociągu”. Lokalne stacje radiowe z cogodzinną częstotliwością przypominają, że już za moment, za sekundę spod nasypu kolejowego wystrzeli złocista lokomotywa. Jednocześnie oficjalni sprawcy całego zamieszania, czyli spółka Koper&Richter jakby chcąc się zabezpieczyć przed porażką (szczególnie finansową) zdecydowała o odpłatnym przekazywaniu materiału wideo stacjom telewizyjnym z przebiegu akcji. Czyli jak wygląda odkopywanie pociągu zobaczą tylko wybrani, a jedyny przekaz na żywo będzie miała policja i zainteresowane służby. Typowe dla naszego kraju.

Ale ja w sumie nie o tym chciałem. A mianowicie o tym skąd się wziął „Złoty” pociąg i czego w tym pociągu na pewno nie będzie o ile jakikolwiek pociąg się znajdzie. Otóż mityczny Złoty Pociąg to rozwinięcie idei równie mitycznego Złota Wrocławia. Dla przypomnienia: autochton Herbert Klose, z zawodu weterynarz, zamieszkały we wsi Sędziszowa miał twierdzić, że w czasie wojny pracował w Prezydium Policji we Wrocławiu (niem. Breslau). Tam został przydzielony mjr. Olenhauerowi w roli przewodnika. Obaj mieli odbyć kilka wypraw w różne zakątki Dolnego Śląska w poszukiwaniu idealnego miejsca na ukrycie dość sporego depozytu. Ten miał składać się z rezerw wrocławskich banków oraz kosztowności zebranych od mieszkańców miasta. Owo zbieranie miało odbywać się w ramach apelu wystosowanego przez władze miasta do mieszkańców, a ogłoszonego na plakatach i ulotkach rozmieszczonych w całym mieście. Jednak podczas powrotu z jednej z wypraw nasz kapitan Klose spadł z konia i trafił do szpitala przez co został wyłączony z akcji ukrywania. Tyle historii mieszkańca Sędziszowej bardziej dokładnie jest ona opisana w książce „Złoto Generałów” Kudelskiego. Nasz „Złoty Pociąg” z Wałbrzycha ma być efektem wypraw mjr Olenhauera. W jego wagonach mają być ukryte depozyty banków Breslau oraz prywatne. Problem w tym, że cała tak historyjka opowiadana przez Klosego, będąca jednocześnie podstawą do szukania tego typu pociągów ma kilka słabych punktów. Po pierwsze nigdy nie udało się potwierdzić faktu zatrudnienia Klosego w randze kapitana, a taką informację podawał. Po drugie nikomu nigdy nie udało się potwierdzić istnienia wspomnianego mjr Olenhauera ( w różnych wariantach pisowni). Po trzecie trochę bezsensowny jest moment przygotowań do ukrycia depozytu. Klose podaje że wszystko działo się zimą 1945 roku. Jest to trochę późno, ponieważ wojska radzieckie stały na wschód od Warszawy już w sierpniu 1944. Na linii frontu gromadzono olbrzymie ilości sprzętu i ludzi. Dla każdego wywiadowca wiadomym było że te siły nie mają zostać rzucone na płonącą Warszawę. Wiadomym też było w jakim stanie jest Rzesza Niemiecka. W tych warunkach czekanie z wywiezieniem depozytów bankowych z Wrocławia aż do zimy bądź wiosny było dosłownie kretynizmem. Akcja taka została najprawdopodobniej przeprowadzona, ale jesienią 1944, czyli w momencie kiedy wszystkie drogi były przejezdne, akcję można było przeprowadzić na spokojnie, nie zwracając niczyjej uwagi. W końcu po czwarte prawie niewiarygodnym jest wystosowanie apelu do mieszkańców Wrocławia o składanie swoich kosztowności w bankach. Dlaczego? Otóż nigdy i nigdzie nie udało się odnaleźć choćby strzępka plakatu, ulotki czy gazety z takim apelem. A Klose cały czas powtarzał, że apel ukazał się drukiem. Kto choć trochę zna historię Wrocławia ten wie, że ważne apele, odezwy itp. we Wrocławiu ogłaszano w inny sposób. Otóż od połowy lat 30, od kiedy NSDAP uzyskała władzę w Rzeszy, we Wrocławiu zainstalowano system kilkuset głośników zainstalowanych na masztach w całym mieście. System ten tworzył wewnętrzny radiowęzeł, wykorzystywany przez narodowych socjalistów do celów propagandowych. Poza tym propaganda szerzona przez Goebbelsa nie pozwalałaby na wystosowanie takiego apelu. Tak się składa, że ostatnio czytałem książkę Richarda Hargravesa „Ostania twierdza Hitlera Breslau 1945”. (Nie lubię książek angielskojęzycznych autorów bo za dużo w nich zachodniej propagandy, ale akurat w tej jest ona na tyle widoczna, że po odfiltrowaniu zostają bardzo ciekawe opisy.) W książce tej w wielu miejscach jest napisane, że mieszkańców miasta propagandziści partii zapewniali w oficjalnych wystąpieniach o ich bezpieczeństwie, o pewności zwycięstwa Wielkiej Rzeszy Niemieckiej, o tym, że jeżeli chwilowo trzeba ograniczyć dostępność niektórych dóbr to tylko po to, by za chwilę cieszyć się bogactwem podbitej Europy. Mało tego, poddawanie pozycji Rzeszy w jakąkolwiek wątpliwość groziło posądzeniem o szerzenie defetyzmu. Funkcjonariusze partyjni byli wyczuleni na tym punkcie a zarówno Hans Frank jak i Goebbels czy Hitler na samo wspomnienie o tym dostawali ataków furii. Nawet na kilka chwil przed upadkiem Festung Breslau osobom wyrażającym chęć poddania miasta groziła śmierć, a w czasie samego oblężenia rozstrzelano pod zarzutem szerzenia defetyzmu kilkadziesiąt osób. Więc zastanówmy się tak chłodno cóż by się działo zimą 1944/45 jeśli zostałby wystosowany apel o oddawanie kosztowności z uwagi na zagrożenie atakiem na miasto. Biorąc pod uwagę powyższe uważam, że nie ma co szukać czegoś co miałoby być „Złotym Pociągiem”. Mieszkańcy Breslau swoje kosztowności albo zabrali ze sobą podczas olbrzymiej ucieczki z miasta tuż przed oblężeniem (nie można nazwać tego ewakuacją), ci zamożniejsi i więcej znaczący wywieźli to niepostrzeżenie korzystając ze swoich powiązań a depozyty bankowe zostały ewakuowane odpowiednio wcześniej na zachód.

Poruszając kwestię pociągowej gorączki chciałbym zwrócić uwagę na jeszcze jedno. Otóż w momencie kiedy pojawia się możliwość zaistnienia przed szkiełkiem kamery ludziom wyłączają się wszelkie instynkty samozachowawcze a zdrowy rozsądek jest odsuwany głęboko w czeluście umysłu. Oczywistym szczytem szczytów jest tutaj rozwalanie muru oporowego na Jaworniku, dziwienie się że za drzwiami jest zawał i bajania wszelkie o „muchołapkach” i podobnych ustrojstwach. Ale syndrom ten dotyczy również ludzi do tej pory twardo stąpających po ziemi. Równolegle do działań w Wałbrzychu odbywają się prace pod Kamienną Górą. W mediach w roli eksperta wypowiada się Pan Lubieniecki. Kilka lat temu Pan ten wydał książkę, w której podchodził dość chłodno do tematu podziemnej fabryki w Antonówce. Przytaczał konkretne dowody, wskazywał miejsca, tłumaczył do tej pory niewytłumaczone. Ale nagle okazuje się, że teraz sam sobie zaprzecza. Otóż nie dość że nie neguje istnienia samej podziemnej fabryki to z wielkim przekonaniem opowiada, jakoby pod ziemią prowadzono eksperymenty biologiczne z wykorzystaniem jadu żmij, które występują w okolicznych lasach. Z mojej strony dwie sprawy: po pierwsze mieszkańcy pobliskiego Raszowa zgodnie powtarzają, że żmije pojawiły się na przełomie lat 60/70. Po drugie kto normalny lokowałby laboratoria chemiczne lub biologiczne w bezpośrednim pobliżu montowni amunicji, gdzie ryzyko eksplozji znacznej ilości materiałów wybuchowych jest bardzo wysokie.

Jak widać to co mówią do „profesory” i „eksperty” wszelkie trzeba brać bardzo na chłodno, tym bardziej że panuje zbiorowa gorączka powodująca bredzenie.

Czym był RAD

Kilkakrotnie w swoich wpisach wspominałem o takiej instytucji jak Reich Arbeits Dienst. Z racji tego, że jakiś czas temu w prasie jeleniogórskiej temat tej organizacji został wyciągnięty spod ziemi (a dokładniej liści), osobom, którym temat nie jest znany chciałbym to zagadnienie przybliżyć.

IMG_20160120_185543

Zacznę od wklejenia linku do artykułu o którym wspomniałem: http://www.nj24.pl/article/klopotliwe-znalezisko-na-basenie

Autor napisał, że w internecie można przeczytać, że RAD nie był organizacją faszystowską, szkoda że nie podał źródła. Ale żeby móc o tej organizacji rozmawiać, trzeba wiedzieć skąd się wzięła, więc trochę historii.

RAD powstał na bazie FAD (Frei Arbits Dienst) po naszemu można by to nazwać „Ochotniczy Hufiec Pracy. Był odpowiedzią państwa na braki na rynku pracy, spowodowane I wojną światową. Okazało się, że młodzież wchodząca w dorosłość nie ma praktycznych umiejętności potrzebnych w każdym gospodarstwie domowym. Dlatego jeśli rodzinie nie przynosiło to uszczerbku, mogła wysłać dziecko w wieku 17-18 lat na „przyuczenie” do tej organizacji. Taki młodzieniec (początkowo przyjmowano tylko mężczyzn, potem pojawiły się obozy kobiece) trafiał wraz z innymi do obozu w którym, w zamian za wikt i opierunek oraz drobną wypłatę wykonywał różne prace i zdobywał doświadczenie. Takie szkolenie trwało w początkowym okresie istnienia organizacji 18 miesięcy, potem stopniowo ten okres był skracany, a pod koniec wojny trwał raptem 3 tygodnie. Zmieniał się też „profil” wykonywanych prac, ale o tym to za chwilę.

Służba w FAD była dobrowolna. Członkowie byli zakwaterowani w budynkach typu szkoły bądź domy kultury lub w barakach na terenie wsi. Przy czym należy zauważyć, że barak w naszym rozumieniu jest czymś zupełnie innym niż baraki budowane przez Niemców. Były to budynki murowane z cegły, z wydzielonymi częściami mieszkalnymi, sanitarnymi i kuchennymi. W większych obozach były osobne kuchnie i sanitariaty. Baraki posiadały ogrzewanie. Po wojnie te budynki jak również te po obozach pracy były bardzo pożądanym towarem. Dlatego uprawnione przedsiębiorstwa państwowe zajmowały się ich rozbiórką i odsprzedażą. Znam przypadki z kilku miast, gdzie nieduże osiedla zbudowane są właśnie z takich baraków „z odzysku” a ich mieszkańcy do dzisiaj nie mają pojęcia o pierwotnym przeznaczeniu ich domostw.

Wróćmy do FADu. Młodzież należąca do tej organizacja posługiwała się sztandarami i odznakami na których umieszczone były dwa kłosy zboża oraz łopata.

Członkowie FAD zajmowali się pomocą w gospodarstwach rolnych, przy budowach boisk, basenów, szkół, kościołów, dróg, nasypów kolejowych oraz mostów, obowiązkowa była musztra. Warto zauważyć, że odbycie takiej służby przynosiło olbrzymie korzyści zarówno dla społeczeństwa jak i dla kraju. Człowiek po odbyciu takiej służby był przygotowany praktycznie do wszystkiego. Potrafił zbudować dom, obsłużyć krowę, młockarnię czy inną maszynę, dokonywać bieżących napraw w domostwie i jednocześnie był przygotowany do przyuczenia do każdego zawodu. Z kolei kraj stosunkowo niedużym nakładem kosztów rozbudowywał sieć drogową, kolejową, zyskiwał obiekty edukacyjne. Inną korzyścią byli obywatele, znający trud jaki wkłada się w powstawanie tych wszystkich obiektów, a tym samym mający szacunek do pracy swojej jak i innych. Tak całkiem od siebie dodam, obserwując nasze społeczeństwo, że takie „szkolenia” powinny odbywać się i obecnie.

Obozy FADu istniały do 1933 roku. Potem organizację przemianowano na Reich Arbeit Dienst, czyli Służba Pracy Rzeszy. Przynależność była obowiązkowa. Po dojściu do władzy Hitlera wprowadzono nowe elementy służby, takie jak zajęcia propagandowo-ideologiczne, rozszerzoną musztrę oraz szkolenia wojskowe. Te ostatnie obejmowały zarówno ćwiczenia fizyczne jak i obsługę broni wszystkich typów. Początkowo szkolenia te odbywały się tylko jednego dnia w tygodniu. Potem były coraz częstsze, aż w 1944 roku wszystkie pozostałe elementy zostały wykluczone, szkolenie trwało niecały miesiąc po czym członkowie RAD stawali się żołnierzami i trafiali prosto na front, a do służby przyjmowano nawet 15-letnie dzieci. Zakres prac budowlanych wykonywanych przez oddziały RADu został poszerzony o budowę okopów, umocnień i schronów. Kiedy Hitler oficjalnie zerwał traktat wersalski RAD stał się jedną z podjednostek Wehrmachtu. Symbole, którymi się posługiwano „udekorowano” swastyką.

Warto zwrócić uwagę na bardzo ważną rzecz. Otóż uwidacznia się przebiegłość nazistów w posługiwaniu się organizacjami społecznymi. Po pierwsze wprowadzenie zajęć propagandowych i obowiązek przynależności do organizacji doprowadził do bardzo szybkiego i powszechnego „wyprania” mózgów młodzieży. Po drugie ukrycie przed obcymi wywiadami rzeczywistej ilości żołnierzy. W końcu ta młodzież, po ukończeniu służby w RADzie była świetnie przygotowana zarówno fizycznie jak i praktycznie do służby w wojsku. Byli to ludzie, którzy z marszu mogli dostać do ręki karabin i wiedzieli co z nim zrobić. Nie jest to zresztą jedyny przykład przebiegłości Niemców w celu zatuszowania przygotowań do wojny. Innym jest prowadzenie wojskowych prac budowlanych pod przykrywką Ministerstwa Poczty. Tak było np. w zamku Książ, który po konfiskacie stał się własnością właśnie poczty. Pod podobnymi „przykrywkami” odbywały się też np. szkolenia przyszłej kadry SS przez funkcjonariuszy NKWD na poligonach w ówczesnych wschodnich Niemczech.

Na koniec chciałbym dodać jedno: w przytoczonym przeze mnie artykule jest postawiona teza, że RAD nie był organizacją faszystowską. Według mnie jest to błędne twierdzenie. Członkowie RAD po odbytej służbie byli tak samo przekonani do nauk i twierdzeń Hitlera jak członkowie Hitlerjugend.

Przystanek kolejowy w Krzaczynie.

Około roku temu, podczas wypraw z wykrywkami, postanowiliśmy pochodzić po terenie dawnego przystanku kolejowego w Krzaczynie. Raczej nie wiązaliśmy nadziei na znalezienie czegoś związanego bezpośrednio z fabryką zbrojeniową. Kilka dni wcześniej zakończyła się wycinka samosiejek na całej trasie do Krzaczyny więc chcieliśmy skorzystać z okazji że nie będzie przedzierania się przez różne chabazie.

Najpierw może parę słów o samym przystanku.

413548

Widokówka przedstawiająca przejazd kolejowy w Krzaczynie (u góry) oraz sam przystanek. Źródło dolny-slask.org.

IMG_20150622_080317 IMG_20150622_081116Budowa linii przy której się znajduje została ukończona w 1905 roku. Pierwotnie odgałęzienie z Kowar do Krzaczyny miało wyglądać zupełnie inaczej i jego przeznaczenie też było inne. Część torowiska biegnie po sporym nasypie po to, by kilkadziesiąt metrów dalej wejść w wykop. Ekonomicznie nie miało to najmniejszego sensu, w Krzaczynie mieszkało wtedy niewielu mieszkańców a jedynym większym zakładem przemysłowym był Bielnik. Skąd więc pomysł wydawania pieniędzy na tak mało znaczącą nitkę kolei? Otóż okazuje się, że jest ona wynikiem… błędu. Tak, dokładnie. Dobrze napisałem. Nawet w narodzie gdzie Ordnung muss sein ludzie popełniają błędy. Pierwotne założenie mówiło o bezpośrednim połączeniu Kowar i Karpacza. Linia ta miała rozpoczynać się na dworcu w Kowarach, następnie minąć od północy Krzaczynę i przejść przez Ściegny dolne aby połączyć się z linią Miłków Karpacz. Budowę rozpoczęto i nagle ktoś dostrzegł, że po drodze jest kilka wzniesień a sama różnica wysokości między stacjami może być zbyt duża. Budowę wstrzymano, by ostatecznie tor zawrócić w kierunku Kowar, budując po drodze przystanek, nie wiadomo czemu nazwany Ściegny. Trzeba tutaj przyznać, że była to dla naszej miejscowości olbrzymia strata. W tym czasie Karpacz przeżywał prawdziwy boom turystyczny. Ściegny pozostały wtedy na uboczu, a turyści trafiali tutaj o wiele rzadziej, co trwa nieprzerwanie do lat obecnych. Przystanek znajduje się na południe od szosy Kowary – Krzaczyna, delikatne wzniesienie przy którym się znajduje przez niemców nazwane zostało Wagnerberg.przyst W latach późniejszych dobudowano bocznicę prowadzącą do zakładów włókienniczych, późniejszej fabryki zbrojeniowej. Różne źródła podają rozbieżne daty budowy tejże bocznicy. Hermann F. Weiss w swojej książce mówi o roku 1939 i zatrudnieniu do budowy więźniów. Jednocześnie wiadomo, że do 36 roku w okolicy stacjonował oddział RADu, więc być może budowa rozpoczęła się dużo wcześniej. Jednak oficjalnie sama fabryka wraz z terenem na którym leżała została sprzedana dopiero w marcu 1943r. Transakcja dokonała się między wdową po właścicielu a przedstawicielem firmy Schmidding. Penetrując teren przystanku udało mi się wykopać kilka sztab łączących szyny, na których widnieją jeszcze resztki napisu „KRUPP 1942” Potwierdzałoby to oficjalną wersję wydarzeń. Oprócz tego miejscówka okazała się bardzo uboga. Pojedyncze monetki, plomba kolejowa i łuska karabinu przeciwpancernego PTRD. IMG_20150622_091236Oczywiście jak to przy torowisku znaleźliśmy sporą ilość złomu typu wspomniane sztaby i śruby, które pozostały po demontażu bocznicy kolejowej.

Korzystając z okazji postanowiłem przejść się po górze leżącej naprzeciw bocznicy i na wschód od fabryki. Wszelkie informacje wskazywały na to, że właśnie w tej górze miał zostać wydrążony schron. I faktycznie przy ścieżce biegnącej w kierunku fabryki znajduje się niewielkie wybranie. Jednak jest to jedynie zaczątek wyrobiska i o żadnych podziemiach mowy być nie może. Co jest zrozumiałe. Budowę zakładu rozpoczęto jesienią 1943 roku od rozbiórki starego bielnika. Hale budowano w pośpiechu, a jak wynika z relacji tubylców, po zakończeniu wojny budynki były nieotynkowane.

Spenetrowaliśmy jeszcze szczyt góry. Znajdują się tam szurfy poszukiwawcze, które są najprawdopodobniej pozostałością po poszukiwaniu uranu przez geologów z Rosji.

Pisząc ten wpis zdałem sobie sprawę, że prawie nie mam zdjęć z tego miejsca. Trudno, musicie mi uwierzyć na słowo, a najlepiej sami wybrać się obejrzeć to co zostało z przystanku kolejowego w Krzaczynie; a ja mam powód by odwiedzić to miejsce jeszcze raz.

„Nowoczesna” obrona sytemu.

Jak wspominałem wcześniej miało być trochę komentarzy. A że wczoraj doznałem swoistego szoku to podzielę się przemyśleniami swoimi.

A więc w dniu wczorajszym byłem z wizytą u kogoś. Ten ktoś lubi skakać po kanałach z serwisami informacyjnymi. A że ja osobiście tv prawie w ogóle nie oglądam to pierwsze na co miałem ochotę po minucie oglądania stacji typu tvn to wyrzucić tv przez okno. Powstrzymało mnie jedynie nieposiadania prawa własności rzeczonego tv. Cóż takiego zobaczyłem?? A no ludzi okradanych przez ostatnie lata podstawowych praw obywatelskich. Ludzi, którzy pracując i płacąc haracze pod tytułem „składki ZUS”, „podatki”, „koncesje” zafundowali kilkuset osobom limuzyny, apartamenty, dożywotnie tysiące przelewane co miesiąc na konta za granicą. Ludzi, którzy zaakceptowali to, że nikły odsetek Polaków dożyje do emerytury, o ile za kilka lat w ogóle będzie coś takiego jak emerytura. Ludzi, których w ciągu sekund okradziona na kwotę 40 milionów złotych podczas przelewania pieniędzy z OFE do ZUS. Ludzi, którzy mamieni obietnicami niskich rat i łatwej spłaty wpędzeni zostali w spirale kredytowe, dzięki którym setki milionów naszych Polskich złotych wędrują co miesiąc do zagranicznych spółek. Tak mógłbym wymieniać zahaczając o każdą jedną dziedzinę życia. W końcu widziałem ludzi pozbawionych jakiejkolwiek świadomości kim są, jaka jest ich historia, jaka jest historia ich Narodu. Ludzie ci wykrzykiwali hasła w obronie demokracji za bardzo nie mając świadomości czym ona jest. Dlaczego?? Bo przez ostatnie lata wtłuczono im do głów, że nie mają prawa do niczego, nie mają prawa do własnej własności (a kiedyś podobno prawo własności było kiedyś na równo z Dekalogiem), nie mają prawa do obrony nie tylko tej własności ale i swojej rodziny; nie mają prawa do własnego zdania bo za wypowiedzenie słów krytyki można trafić przed sąd; nie mają prawa do prywatności bo na każdym kroku są inwigilowani, szczególnie w internecie, który z założenia miał być ostoją wolności i prywatności; w końcu nie mają prawa do godnego życia bo są gnębieni przez aparat państwowy.

Na czele tych ludzi szli, paradoksalnie ci, którzy przez ostatnie lata byli twórcami tego zdradzieckiego i złodziejskiego systemu. Na czele tego tłumu szli ludzie, którzy na co dzień żyją w luksusach, którzy nie muszą się martwić o tak przyziemne sprawy jak zapewnienie rodzinie godnego życia. Na czele tego tłumu byli w końcu ci, którzy dzięki swojej dotychczasowej pozycji i powiązaniom z przeszłości zapewnili sobie i swoim potomkom dostatnie życie aż do śmierci. ICH dostatnie życie opłacane z naszych podatków. ICH pensje, mieszkania, samochody, emerytury po kilka tysięcy miesięcznie. Na twarzach tych ludzi widać jednak było frustrację. Frustrację spowodowaną tym, że nagle cały ten „misterny plan pójdzie w pi..u” jak powiedział kiedyś Siara. Ta frustracja była spowodowana nie tylko tym, że być może trzeba będzie stać się zwykłym, szarym człowiekiem i pracować jak każdy, była spowodowana możliwością próby rozliczenia ich z dotychczasowej działalności oraz tym, że będąc tak pewni siebie żyli przez ostatnie miesiące w oderwanej od rzeczywistości bańce. W podobnej bańce żył Hitler w dwóch ostatnich latach życia, a obecnie żyje również pani Merkel. Dlaczego ci ludzie boją się rozliczenia z przeszłością, skoro Polska podobno jest „zieloną wyspą” mlekiem i miodem płynącą? Otóż moi drodzy w rzeczywistości Polska jest w ruinie. Większość Polskiego przemysłu została „sprywatyzowana”, czyli wyprzedana za granicę, Polskie górnictwo jest w ruinie bo podobno „się nie opłaca”, a zagraniczne koncerny tylko czekają na możliwość odkupienia tych kopalni za przysłowiowy grosz po to by prowadzić dochodowe wydobycie (na marginesie skoro im się opłaca to czemu nam się ma nie opłacać?). Polska nie posiada swojego wojska. Polskie szkolnictwo jest w ruinie a Polskie społeczeństwo co roku zamiast dostawać wykształconych, świadomych ludzi zalewane jest potokiem bezmózgiej gimbazy pozbawionej logicznego myślenia. Polska jako kraj, w każdej dziedzinie gospodarczej i życiowej, uzależnione jest od zewnętrznych czynników, które w każdym momencie mogą zadecydować o być i nie być naszego Kraju (doskonałą próbkę zaserwowano nam w postaci kryzysu frankowiczów, który miał być sprawdzeniem reakcji Polskiego społeczeństwa na podobne sytuacje). To wszystko nie jest efektem ostatniego miesiąca czy tygodnia. To efekt wieloletniego i przede wszystkim ŚWIADOMEGO działania na szkodę naszego interesu narodowego. Dla tych którzy już mają mózgi przez media wyprane porównam Kraj do Rodziny. Każdy normalny człowiek, w konfrontacji z rzeczywistością na pierwszym miejscu stawia dobro swoje i swojej Rodziny. Czyli najważniejsze jest to, aby moja Rodzina miała co jeść, aby moja Rodzina była zdrowa, bezpieczna i żeby członkom mojej rodziny nie działa się krzywda. Dla każdego członka rządu każdy pojedynczy obywatel powinien być jak członek rodziny. Czyli OBOWIĄZKIEM każdego członka rządu jest dbanie o to, aby kraj był bezpieczny, dostatni i szanowany przez inne kraje. Takie jest podstawowy OBOWIĄZEK nałożony przez KONSTYTUCJĘ. Za niedopełnienie tego obowiązku należna jest kara, a świadome działanie na niekorzyść kraju jest ZDRADĄ. Jaka kara w wojsku należy się za zdradę wszyscy wiemy. Taka sama kara powinna należeć się wszystkim tym, którzy są odpowiedzialni za pozbawienie Polskich rolników ziemi i majątku przez doprowadzenie do likwidacji PGRów, tym którzy są odpowiedzialni za ucieczkę wykształconej młodzieży na zachód „za chlebem”, wszystkim tym którzy na państwowych stołkach posadzili komunistycznych zbrodniarzy i ich dzieci, tym którzy doprowadzili do totalnego wywrócenia i skreślenia podstawowych wzorców społecznych, wszystkim tym którzy dawali przyzwolenie na zalanie Polskiego rynku przez zagraniczne spółki transferujące swoje olbrzymie zyski do obcych państw, dali przyzwolenie na afery typu AmberGold, Skoki, autostradowa i tysiące innych, w końcu wszystkim tym którzy z szyderczym uśmiechem pluli i deptali Konstytucję Rzeczypospolitej Polskiej. Ci ludzie teraz tej konstytucji bronią. Potworzyli komitety. Ludziom papkę z mózgów robią i wyciągają na ulice. Namawiają do unieważnienia DEMOKRATYCZNYCH wyborów, których mimo wielkich zamierzeń nie udało im się sfałszować. Ci którzy przez te wszystkie lata postkomuny doili ten Kraj ze wszystkiego co się dało teraz nagle chcą walczyć o obronę demokracji i Konstytucji. Tak dla przypomnienia w ciągu ostatnich 4 lat rząd PO, do którego należał Ryszard Petru teraz tak broniący Trybunału Konstytucyjnego, zignorował ok 50 wyroków tegoż Trybunału. Czyżby pan Ryszard nagle się nawrócił? Oprzytomniał? Cud nad Wisłą się stał? Nie, tak naprawdę tu nie chodzi o obronę żadnej Konstytucji czy demokracji. On i jemu podobni mają te rzeczy w głębokim poważaniu. Tu chodzi o obronę tego układu, który panował w tym kraju od lat 90-tych. O obronę układu w którym On i jego mocodawcy będą mogli siedzieć na górze jak bogowie greccy na Olimpie i z pogardą przyglądać się jak my, szarzy obywatele pełzamy u ich stóp. Cała ta „Nowoczesna” nie jest żadną nowoczesną. Jest to twór stworzony dla ludzi z PO, którzy widząc niezadowolenie społeczeństwa z ich rządów postanowili uciec z tonącego okrętu przeskakując na inny. Inny statek, inna bandera, inny kapitan, tylko załoga ta sama. Z resztą zostało to potwierdzone jednym z ostatnich sondaży, który pokazał, że Nowoczesna wyprzedziła PO. Sondaż był oczywiście zrobiony „na zlecenie” kogoś tam. Co oznacza, że ten ktoś za niego zapłacił. A kto płaci ten wymaga. Czyli te wszystkie sondaże można sobie między bajki włożyć. Tak to niestety moi drodzy wygląda. Wypychają nas na ulice w obronie Konstytucji i demokracji, a za chwilę będą nam po plecach czołgami jeździć. Tak już raz było w 81, zresztą dzisiaj jest rocznica tego wydarzenia. Wieczny odpoczynek tym, którzy wtedy zginęli. Kończąc ten przydługi wpis, który jednak nie wyczerpuje tematu w chociażby małym stopniu chciałbym zaapelować o trzeźwe patrzenie na to co się wokół na dzieje. O chwilową zadumę nad sytuacją naszego Kraju i samodzielne wyciąganie wniosków. Widać, że coraz więcej ludzi uświadamia sobie co tak naprawdę działo się w naszej najnowszej historii i co dzieje się obecnie. Mam również nadzieję, że Naród w końcu się obudzi i pogoni do diabła wszystkich tych, którzy żerowali na przez te wszystkie lata na pracy każdego z nas a Polski nie pogrąży „tęczowa rewolucja” rodem z krajów 3-go świata.

Na zakończenie kilka linków dla zainteresowanych:

https://www.youtube.com/watch?v=meTpBZHFL0c

https://www.youtube.com/watch?v=szRic-f2ypk

http://naszeblogi.pl/55049-ryszard-petru-mordor-kontratakuje

http://www.blizejprawdy.pl/prawda-o-petru-i-jego-partii-nowoczesna-pl/

http://riese-inne.blogspot.com/

Kościelna ciekawostka w Miłkowie.

Kościelna ciekawostka w Miłkowie – symbole masońskie.

Na początek przyznam się, że myślałem, że do tematu kościoła w Miłkowie już wracać nie będę, a tym bardziej od strony symboliki. Bo też i co wyjątkowego może być w ruinie kościoła ewangelickiego znajdującej się w małej wiosce? Oczywiście poza samą ruiną, o historii, którą pisałem tutaj. I pewnie nie wróciłbym do tego tematu gdyby nie Magda, która zapytała, czy znak widoczny na jednym ze zdjęć nie jest masońską węgielnicą. Spojrzałem i mnie zatkało. Rzeczywiście na fotografii była węgielnica i cyrkiel. Czyli najpopularniejszy ze znaków masonerii. Dlaczego wcześniej tego nie zauważyłem?

kosciol ewangelicki milkow 0Sam przed sobą się tłumaczę tym, że w momencie kiedy powstawały tamte zdjęcia tematyka tajnych stowarzyszeń mnie aż tak bardzo nie interesowała. Coś gdzieś kiedyś się o uszy obiło i tyle. Jednak od tamtego czasu zakres moich zainteresowań trochę się zmienił, wiedza powiększyła i człowiek stał się na pewne rzeczy bardziej wyczulony. Ktoś mógłby powiedzieć: chwila, przecież to równie dobrze może być znak miejscowego cechu murarskiego więc po co się tak nad tym rozczulać. I w sumie słuszna uwaga, jednak jest kilka szczegółów, które świadczą o tym, że znak ten był związany z lożą masońską. Już zabieram się za tłumaczenie dlaczego.
Po pierwsze budynek, który nas interesuje pochodzi z drugiej połowy XVIII wieku. A jest to przecież wiek największej ekspansji ruchu masońskiego na całą Europę.
Po drugie fundatorkami budowy kościoła były między innymi żony najbogatszych kupców z okolicy, a członkami lóż masońskich są głównie ludzie majętni. Po trzecie i najważniejsze węgielnica nie występuje w tym przypadku sama a w duecie z krzyżem wpisanym w okrąg. Krzyż ten pochodzi od Indouropejczyków i Słowiań Wschodnich i jest jednym z podstawowych symboli solarnych. Najbardziej popularny był u Celtów i ich druidów. W czasach nam współczesnych krzyż ten oznacza pochwałę i uwielbienie wszystkiego co pradawne i celtyckie. Dodam jeszcze, że chrześcijanie przejęli ten symbol trochę go modyfikując. W wersji chrześcijańskiej krzyż jest opisany na okręgu, czyli jego wszystkie ramiona wychodzą poza okręg.
Obecność tych dwóch symboli razem daje pewność, że mamy do czynienia z symboliką masońską ponieważ pierwsza loża masońska powstała w Anglii, a jej założyciele nawiązywali do rycerzy Okrągłego Stołu. Dla ciekawych wiedzy i prawdy historycznej polecam poczytać o powiązaniach właśnie rycerzy Okrągłego Stołu z wyprawami krzyżowymi i masonami.
Jako ciekawostkę dodam, że pochwalenie pierwotnych kultów ma w tym przypadku jeszcze jedno odniesienie. Całkiem niedaleko, bo na zboczu góry Grabowiec znajdowało się miejsce odprawiania pogańskich rytuałów. Obecnie stoi tam kaplica pod wezwaniem św. Anny, a całe rzesze turystów pielgrzymują do Dobrego Źródła napić się wody o cudownych właściwościach po której można w nocy świecić ;)

Warto też zwrócić uwagę na miejsce w którym są umieszczone symbole. Obok drzwi pod pamiątkową tablicą po której pozostał ślad widoczny na zdjęciu oraz resztki okuć. Świadczyć to może o tym, jak ważna dla ówczesnych mieszkańców była ich pradawna historia.

SONY DSC
Na zakończenie mojego wywodu dodam, że poza tymi dwoma symbolami udało mi się na terenie kościoła i cmentarza odnaleźć jeszcze jedną płytę nagrobną z podobnym krzyżem, ale już w wersji zaadoptowanej przez chrześcijan.

SONY DSCOraz mała galeria co ciekawszych niemieckich płyt nagrobnych, które uniknęły zniszczenia:

SONY DSCSONY DSC  SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC SONY DSC

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Edit: od Pana Jana Wieczorka, osoby, która zajmuje się między innymi symboliką masońską w Jeleniej Górze i okolicach otrzymałem wiadomość, w której napisał, że kamień z symbolem jest masońskim kamieniem węgielnym położonym pod budowę. Najbliższa loża masońska mieściła się wtedy w Kowarach.

Polecam:
www.dolnoslaskipodroznik.pl
www.riese-inne.blogspot.com
www.magdachemini.blogspot.com

Ponad pół wieku kłamstw i bezkarności. Ku pamięci Żołnierzom Wyklętym.

DSCN6302

Wczoraj, czyli w niedzielę 1 marca obchodziliśmy dzień Żołnierzy Wyklętych. Święto jakże symboliczne bo nie tylko o żołnierzach tego dnia powinniśmy pamiętać ale również o cywilach, którzy w ostatnich dniach II wojny światowej i w pierwszych latach po niej nie godzili się na sowiecką okupację Polski, bo tak na prawdę wyglądały powojenne lata w naszej Ojczyźnie. Byli to ludzie wiary i honoru, którzy nie dali sobie wmówić, że „wyzwoliciele” ze wschodu będą odbudowywać Wolną Polskę. Oni walczyli o wolny i niepodległy kraj. Dla nich wojna nie skończyła się w maju 1945 roku. Dla nich życie w podziemiu trwało nadal, a szanse na przeżycie znacząco spadły, ponieważ aparat bezpieczeństwa propagował donosicielstwo i mogli zostać wydani praktycznie przez każdego. Brali udział w otwartych walkach z żołnierzami radzieckimi, organizowano na nich zasadzki czy po prostu łapanki. Poddawano ich „procesom”, które były prowadzone nie przez polskich sędziów, lecz przez funkcjonariuszy NKWD. W skutek tych procesów wielu z nich zostało rozstrzelanych, niektórzy nie wytrzymywali tortur w aresztach i ginęli jeszcze przed końcem postępowań. Ich ciała chowano w bezimiennych grobach, w zbiorowych mogiłach tak jak na Łączce na Warszawskich Powązkach gdzie spoczęły ciała kilkuset członków AK i innych organizacji niepodległościowych. Oczywiście bez udziału księży bo przecież kościół był w czasach PRLu tępiony. Ich kaci, często pod zmienionymi nazwiskami, stawali się bohaterami narodu a ich krewni robili kariery w polityce, prasie czy telewizji. Wielu z nich jest obecnych w życiu publicznym do dzisiaj. Ale żaden z nich nie przyznaje się do przeszłości. Chichotem historii było to, że tych bestialskich oprawców grzebano na Powązkach nad ich ofiarami. Z tą różnicą, że z honorami, w uroczystych ceremoniach, jako bohaterów zasłużonych dla kraju. Poszukajcie sobie informacji i poczytajcie o takich nazwiskach jak Brystiger, Szechter czy Stolzman. Dowiecie się wtedy kim na prawdę są ludzie krzyczący do Was z telewizorów. A to tylko wierzchołek góry…

O Żołnierzach Wyklętych powinniśmy zawsze pamiętać a ich bohaterstwo i męczeństwo powinno być przypominane co roku. Niestety ze smutkiem wczoraj przeglądałem serwisy informacyjne. Większość na pierwszym miejscu stawiała polityczny mord dokonany na Niemcowie. Co akurat jest zrozumiałe. Niestety kolejne miejsca zajmowały różne bzdurne tematy. O obchodach naszego narodowego święta na Onecie czy TVNie można było znaleźć po jednym artykule. WP zaszalała i wstawiła dwa. Czy tak to powinno wyglądać?

Pamiętajmy o tych ludziach, którzy jeszcze długo po wojnie walczyli o niepodległą Polskę i wspomnijmy o nich w modlitwie.

O tym jak V2 wyleciały z Krzaczyny. Czyli rakieta rakiecie nierówna. Krzaczyna cd1.

Ostatnim swoim wpisem rozpocząłem temat fabryki zbrojeniowej w Krzaczynie. Niestety czas i nawał innych obowiązków nie pozwalają pisać tak dużo jak by się chciało. Dzisiejszy wpis będzie o tym co w fabryce miało być robione według legend, a co w rzeczywistości było.
Hasło Krzaczyna wśród części eksploratorów powoduje, że wyobraźnia wchodzi na wyższe obroty. Dzieje się tak z powodu legend które krążą w środowisku. Legendy te opowiadają o ukrytych skarbach, urządzeniach do przeróbki uranu, podzespołach do rakiet V-2, surowcach, a wszystko w olbrzymich podziemnych halach, najpierw wysadzonych a potem zalanych (albo odwrotnie ;) ), wreszcie o tunelach którymi była możliwość dostania się do Karpacza, Kowar i innych odległych miejsc. Całości dopełniali Rosjanie zajmujący teren do 1947 roku. Temat podziemi dzisiaj zostawimy ponieważ za dużo byłoby tego dobrego naraz ;)

Więc jak to naprawdę było/jest z tą Krzaczyną?
Temat fabryki w Krzaczynie był w ostatnich latach poruszany przez Marka Chromicza na łamach Nowin Jeleniogórskich oraz w jego audycjach pt. „Tajemnice z worka Liczyrzepy”. I w sumie były to jedyne w ostatnich latach wzmianki na temat tajemniczej nazistowskiej fabryki. Pan Chromicz przygotowując swój materiał konsultował się z Mieczysławem Bojko. Znanym w okolicy poszukiwaczem skarbów, o którym było głośno w związku z rzekomym jego udziałem w akcji wydobycia dokumentów z obozu Gross-Rossen na Przełęczy Kowarskiej. Z resztą Pan Bojko od jakiegoś czasu w środowisku eksploracyjnym cieszy się złą sławą.
Temat Krzaczyny opisywał również Leszek Adamczewski (autor historyczno-przygodowych książek i artykułów) w dwuczęściowym artykule pt. „Tajne laboratorium Hitlera”. Trzeba przyznać że był jedynym z autorów, który przynajmniej podał prawidłowy kryptonim tej fabryki. Reszta artykułu traktuje o prawdopodobieństwu funkcjonowania pod Kowarami wirówki do wzbogacania uranu. Jest to o tyle znamienne, że Pan Adamczewski tego typu urządzenie lokuje w praktycznie większości obiektów od Gór Sowich aż po okolice Świeradowa Zdroju.

Podstawowym błędem popełnianym przez moich poprzedników zajmujących się tym tematem było nadawanie fabryce w Krzaczynie kryptonimu BONIT. Skąd się to wzięło i dlaczego jest to błąd? Nie wiem czy wynikło to z nieznajomości języka, czy z powtarzania po kimś jakiś informacji (co często się zdarza wśród różnych autorów). W każdym bądź razie w źródle, z którego korzystają wszyscy badacze nazistowskich fabryk (a przynajmniej powinni), czyli „Wykazie kryptonimów niemieckich budowli podziemnych II wojny światowej” Hansa Wicherta do kryptonimu Bonit przyporządkowana jest miejscowość Vorwerk-Mitte. Jak widać pojawia nam się tutaj podobieństwo do niemieckiej nazwy Krzaczyny, czyli Buschvorwerk. Być może ktoś skojarzył tą nazwę z nazwą ze spisu, dodał jedno do drugiego i takim sposobem Bonit, który w rzeczywistości miał się znajdować w okolicach obecnego Saalfeld-Rudolstadt w środkowych Niemczech, a w którym faktycznie produkowano paliwo do rakiet A4 (późniejsza nazwa: V-2) oraz testowano silniki do tych rakiet wylądował pod Kowarami. Najprawdopodobniej to spowodowało również szerzenie pogłosek, jakoby w Krzaczynie pracowano nad silnikami do rakiet z serii V.
W rzeczywistości fabryka w Krzaczynie nosiła prawdopodobnie kryptonim SYLVINIT. Prawdopodobnie ponieważ we wspomnianym wcześniej spisie nie występuje miejscowość Buschvorwerk, a jedynie Kowary (niem Schmiedeberg). Jednakże Krzaczyna przez długie lata była dzielnicą Kowar więc z 99% prawdopodobieństwem możemy przyjąć że chodzi właśnie o tą fabrykę. Co więc takiego robiono w Krzaczynie? Przede wszystkim były to remonty i produkcja tradycyjnych silników samolotowych Walter kilku serii, których produkcję w późniejszym czasie przejęło BMW. Kolejną częścią działalności była produkcja elementów usterzenia, w tym do rakiet V-1 i V-2. Jednak podstawą działalności firmy Wilhelm-Schmidding (właśnie ta firma była właścicielem/najemcą fabryki) były silniki rakietowe. Nie były to silniki do tak dużych rakiet jak wspomniane V-ki lecz silniki mniejszego „kalibru”, pracujące głównie na paliwo stałe (V-2 wykorzystywała paliwo ciekłe). Silników do rakiet V w Krzaczynie nigdy nie było z bardzo prostego powodu: było to technicznie niemożliwe. W jednym z kolejnych wpisów wytłumaczę dokładnie dlaczego. Będzie również przedstawiona pewna część działalności firmy Wilhelm-Schmidding, która zdecydowała o tym, że ta maleńka w porównaniu z innymi fabryka stała się jedną z ważniejszych w ówczesnej Rzeszy niemieckiej. Tym którzy dotrwali dziękuję za uwagę i zapraszam na kolejny wpis dotyczący tajemniczej fabryki w Krzaczynie. Zapraszam również w niedługim czasie na wpis dotyczący obiektu o kryptonimie Lehm w Bolkowie.

000_sapa9808057289601

Rakieta V-2 w pełnej okazałości

Bibliografia:
1. Buschvorwerk im Riesengebirge: Eine Gemeinde in Niederschlesien von den Kriegsjahren bis zur Vertreibung – Hermann F. Weiss
2. Decknamenverzeichnis deutscher unterirdischer Bauten, Ubootbunker, Ölanlagen, chemischer Anlagen und WIFO-Anlagen des zweiten Weltkrieges – Hans Walter Wiechert
3. http://www.kz-gedenkstaette-laura.de

Krzaczyna cz1.

Krzaczyna – film.

Polecam:
dolnoslaskipodroznik.pl
riese-inne.blogspot.com
wykopaliska.org